Lewicowy portal codziennych informacji i opinii

Cała prawda o TTIP

Odstęp wiersza+- ARozmiar czcionki+- Drukuj ten artykuł
Cała prawda o TTIP

Publikujemy fragment książki pt.  „TTIP – Pułapka Transatlantycka”.

Wstęp – obietnice wolnego handlu

TTIP – podobnie jak wszystkie inne międzynarodowe porozumienia handlowe i inwestycyjne – jest przedstawiane jako inicjatywa, z której korzyści odniesie całe społeczeństwo: ograniczenie „barier” handlowych oraz uproszczenie i harmonizacja regulacji mają – w założeniach – zintensyfikować wymianę handlową, co z kolei pociągnąć ma za sobą większy wzrost gospodarczy, powstawanie nowych miejsc pracy oraz podwyżki wynagrodzeń.

W przypadku TTIP, powyższe korzyści mają zostać osiągnięte poprzez zrealizowanie następujących, podstawowych celów porozumienia[1]:

•Dalszej liberalizacji dostępu do rynków wewnętrznych;

•Zniwelowania barier inwestycyjnych poprzez lepsze regulację;

•Eliminacji ceł we wzajemnym handlu;

•Zniwelowania kosztownych barier pozataryfowych, które utrudniają przepływ towarów;

•Poprawy dostępu do rynku usług;

•Znaczącym obniżeniu kosztów różnic w przepisach i standardach („poprzez promowanie większej zgodności, przejrzystości i współpracy, przy zachowaniu wysokiego poziomu ochrony zdrowia, bezpieczeństwa i ochrony środowiska”);

•Opracowanie nowych zasad i nowych sposobów współpracy w sprawach o znaczeniu globalnym (własność intelektualna, mechanizmy rynkowe w odniesieniu do przedsiębiorstw państwowych, lokalne bariery dyskryminujące dostęp do rynku);

•Promowanie globalnej konkurencyjności małych i średnich przedsiębiorstw.

Cele te mają zostać osiągnięte poprzez następujące działania:  (1) redukcje ceł; (2) eliminację „barier pozataryfowych”; (3) wzajemne uznawanie standardów technicznych, certyfikatów etc.; (4) „uspójnienie regulacji”; (5) bardziej otwarty dostęp do zamówień publicznych; (6) „lepszą ochronę inwestycji”.

Zarówno zwolennicy, jak i krytycy TTIP podkreślają, że wśród wyżej wymienionych narzędzi stosunkowo najmniejsze znaczenie mają cła (które obecnie są na bardzo niskim poziomie – w 2011 r. średni poziom stawek taryfowych KNU ad valorem[2] wynosił w UE 5,3%, a w USA – 3,5%[3]), natomiast kluczowym dla TTIP aspektem są tzw. „bariery pozataryfowe” – czyli wszelkie regulacje prawne, które ograniczają lub blokują wymianę handlową. Jako przykłady barier pozataryfowych wskazuje się m.in.:  inne regulacje sanitarne i fitosanitarne (US  Toxic Substances Control Act – TSCA w USA i Registration, Evaluation and Autorisation of Chemicals – REACH w UE), inne limity dopuszczalnych pozostałości  pestycydów, różne zasady stosowania biotechnologii w uprawie roślin i produkcji żywności (GMO), różnice w przepisach dot. bezpieczeństwa żywności, zróżnicowanie systemów ochrony praw własności intelektualnej i świadczenia usług finansowych oraz  inne procedury dopuszczania do obrotu środków farmakologicznych. Materiały informacyjne Komisji Europejskiej (np. broszura „Transatlantic Trade and Investment Partnership – The Regulatory Part”[4]) przedstawiają różnice pomiędzy Unią Europejską a Stanami Zjednoczonymi w zakresie w/w regulacji jako nieuzasadnione, biurokratyczne obciążenie dla biznesu, który na skutek zróżnicowania niektórych szczegółowych norm i procedur jest zmuszony do ponoszenia dodatkowych kosztów, a w niektórych wypadkach jest w ogóle wykluczony z dostępu do danego rynku. Jednocześnie, w tych samych materiałach podkreśla się, że redukcja barier pozataryfowych nie będzie miała negatywnego wpływu na bezpieczeństwo, prawa pracownicze, czy poziom ochrony środowiska naturalnego. Ograniczenie barier pozataryfowych ma być procesem „technicznym” – wzajemnym uznaniem odmiennych norm i procedur, które mają (w teorii) takie same skutki. KE zastrzega przy tym, że celem TTIP nie jest „zmiana decyzji politycznych określających poziom ochrony”.

Drugim „filarem” TTIP jest system ochrony inwestycji i rozstrzygania sporów między inwestorem a państwem (Investor-to-state dispute settlement – ISDS). ISDS pozwala inwestorom wnosić sprawy przeciwko rządom za przepisy, które ci pierwsi uznają za „dyskryminujące” lub „niesprawiedliwe”. Ma to w założeniach stworzyć „przyjazny klimat” dla inwestycji zagranicznych poprzez „obniżenie ryzyka inwestycji” i przewidywalność „otoczenia inwestycyjnego”

TTIP jako całość[5] ma doprowadzić do: (1) znaczącego obniżenia kosztów transakcyjnych w handlu; (2) obniżenie kosztów wejścia na rynki UE i USA; (3) obniżyć koszty dostępu do półproduktów i surowców oraz (4) obniżyć ryzyka inwestycyjne. Dla gospodarek i konsumentów te efekty mają natomiast przełożyć się na: wzrost obrotów handlowych i przepływów inwestycyjnych, obniżenie cen produktów i usług oraz wzrost zatrudnienia, PKB i dochodów gospodarstw domowych.

TTIP a prawa pracownicze

TTIP nie obejmuje explicite kwestii praw pracowniczych – znane opinii publicznej ustalenia zawarte w dokumencie zawierają jedynie bardzo ogólne odniesienie do „zobowiązania stron do włączenia w zakres porozumienia mechanizmów wspierających promocję godnej pracy i implementacje podstawowych standardów Międzynarodowej Organizacji Pracy”. Pracownicy i pracownice mają raczej odnieść korzyści pośrednie wynikające przede wszystkim z wzrostu zatrudnienia oraz wzrostu siły nabywczej ich pensji na skutek spadku cen. Komisja Europejska, powołując się analizę think-tanku Centre for Economic Policy Research (CEPR), szacuje, że po pełnej implementacji TTIP w 2027 r. PKB UE będzie wyższy o 0,5% (120 mld. euro) a PKB Stanów Zjednoczonych – o 0,4% (95 mld. euro). Ma się to przełożyć na wzrost płac wszystkich pracowników i pracownic (wykwalifikowanych i niewykwalifikowanych) o ok. 0,5%. Dodatkowo, KE zapowiada, że „najambitniejszy scenariusz TTIP” może przynieść w Unii „wzrost o kilka milionów liczby miejsc pracy w sektorach zależnych od eksportu”.

Te optymistyczne prognozy są w dużej mierze oparte na abstrakcyjnych modelach ekonomicznych, które zakładają, że liberalizacja wymiany handlowej w każdych warunkach przynosi korzyści wszystkim uczestnikom.  Jeronim Capaldo z Instytutu Globalnego Rozwoju i Środowiska przy Uniwersytecie Tufts w stanie Massachusetts (USA),  zwraca uwagę na fakt, że szacunki CEPR są oparte na modelu równowagi ogólnej (CGE – Computable General Equilibrum Model), który sam z kolei jest oparty na wątpliwym założeniu elastycznych cen i wynagrodzeń, które zapewniają pełne wykorzystanie wszystkich dostępnych zasobów (w tym pracy)[6]. Capaldo dokonał alternatywnego oszacowania efektów TTIP bazując na modelu Global Policy Model (GPM) Organizacji Narodów Zjednoczonych[7], który opiera się na tradycyjnym, keynesowskim założeniu determinowania poziomu aktywności ekonomicznej przez zagregowany popyt oraz podział dochodu narodowego – w opinii Capaldo, TTIP doprowadzi raczej do spadku PKB (w przypadku Francji o 0,48%, Niemiec – 0,29%, ale negatywny wpływ będzie odczuwalny we wszystkich krajach Unii), obniżenia się dochodów z pracy (Francja – 5500 euro na pracownika, Wielka Brytania – 4200 euro na pracownika, Niemcy – 3400 euro na pracownika, w przypadku pozostałych krajów UE wpływ będzie również negatywny), zmniejszeniem zatrudnienia o ok. 600 tys. miejsc pracy w całej UE oraz zwiększeniem rozmiarów długu publicznego w praktycznie wszystkich krajach Unii do poziomu limitu ustalonego w Traktacie z Maastricht.

Do optymistycznych obietnic Komisji Europejskiej powinniśmy podchodzić sceptycznie także ze względu na efekty Północnoamerykańskiego Porozumienia o Wolnym Handlu (NAFTA) zawartego w 1994 r. pomiędzy rządami USA, Kanady i Meksyku. Bilans 21 lat funkcjonowania tej umowy jest raczej negatywny – dostępne analizy sugerują, że liberalizacja wymiany handlowej doprowadziła w przypadku Meksyku, Kanady i stanów Zjednoczonych do spadku zatrudnienia, stagnacji płac i ogólnego pogorszenia warunków pracy (por. niżej).

Wpływ TTIP na sytuację klasy pracującej nie ogranicza się jednak wyłącznie do kwestii płac i zatrudnienia. Zaprojektowane mechanizmy „redukcji barier pozataryfowych” i związanej z nią „współpracy regulacyjna”, a także system „ochrony inwestycji” ISDS będą miały wieloaspektowy, negatywny wpływ na sytuację pracowników i pracownic po obu stronach Atlantyku:

•System ISDS był wielokrotnie wykorzystywany do podważania lub blokowania regulacji chroniących środowisko naturalne, zdrowie pracowników i pracownic oraz konsumentów i konsumentek.

•Tworząc gigantyczną strefę wolnego handlu, w ramach której możliwe jest stosunkowo tanie i szybkie przenoszenie działalności gospodarczej z kraju do kraju, przy jednoczesnym zróżnicowaniu poziomów ochrony socjalnej, płac, norm i procedur bezpieczeństwa, TTIP stwarza warunki wymuszające „wyścig na dno” pomiędzy państwami rywalizującymi o przyciągnięcie inwestycji.

•Istniejące regulacje stanowią nie tylko „koszt” dla biznesu, ale także korzyść dla społeczeństwa: ograniczają lub uniemożliwiają produkcję lub działalność usługową szkodliwą dla pracowników i pracownic, konsumentów i konsumentek oraz środowiska naturalnego; zniesienie lub ograniczenie zakresu tych regulacji (realizowane poprzez uznanie za równorzędne odmiennych norm i procedur lub poprzez system ISDS) przerzuca więc negatywne koszty działalności gospodarczej na społeczeństwo.

ISDS

Wiliam Greider[8] – analizując funkcjonowanie systemu ISDS w ramach północnoamerykańskiego porozumienia NAFTA – twierdzi, że system ten jest częścią strategii biznesu mającej na celu utożsamienie regulacji ustanawianych przez władze państwowe z „wywłaszczeniem”, za które należy się odszkodowanie. ISDS jest więc nie tylko zagrożeniem dla finansów publicznych (koszty odszkodowań i zastępstwa procesowego), ale jest też wykorzystywany jako narzędzie do powstrzymywania władz państwowych przed wprowadzaniem nowych regulacji. 5 lat po wejściu w życie NAFTA, przedstawiciel kanadyjskiego rządu[9] opisywał  ten fenomen następująco: „Widziałem listy od kancelarii prawnych z Nowego Jorku i Waszyngtonu do kanadyjskiego rządu dotyczące praktycznie każdej nowej propozycji regulacji z zakresu ochrony środowiska naturalnego. […] Na celowniku były praktycznie wszystkie nowe projekty regulacji i większość z nich nigdy nie ujrzała światła dziennego.” Chociaż nie wszystkie sprawy kończą się dla korporacji korzystnie, często sama groźba zaskarżenia danej regulacji w trybie ISDS wystarcza do skłonienia rządu do porzucenia projektów nowych regulacji: po słynnym pozwie korporacji Philip Morris przeciwko rządowi Australii przeciwko restrykcyjnym regulacjom dotyczącym oznakowania paczek papierosów, rząd Nowej Zelandii ogłosił wycofanie się z projektu wprowadzenia podobnych ograniczeń dla koncernów tytoniowych, pomimo że pozew Philipa Morrisa został odrzucony.

Przegląd znanych opinii publicznej spraw rozpatrywanych w systemie ISDS opracowany przez niemiecką fundacje Friedricha Eberta[1] pokazuje, że jest to system, który potencjalnie zagraża wszystkim formom regulacji – tym bardziej, że pozwy składane w ramach tego systemu stają się coraz popularniejsze: w 2002 r. takich spraw toczyło się ok. 100, w 2012 r. liczba pozwów (kumulatywnie, od 1995 r.) wynosiła już 568. Omówienie najważniejszych regulacji, które zostały zakwestionowane do tej pory w ramach systemu ISDS zawiera tabela 1.

Tabela 1 – Przegląd regulacji zakwestionowanych do tej pory przez międzynarodowe korporacje w ramach systemu ISDS

Płaca minimalna – francuska firma Veolia pozwała w 2012 r. Egipt o odszkodowanie w związku z decyzją władz Aleksandrii, które nie zgodziły się na renegocjowanie kontraktu z korporacją odpowiedzialną za usługi komunalne (wywóz i utylizacja śmieci). Veolia chciała renegocjować kontrakt w związku ze wzrostem płacy minimalnej.

Nacjonalizacja zakładów produkcyjnych  – indonezyjska firma Indorama pozwała w 2011 r. Egipt o odszkodowanie w związku z decyzją egipskiego sądu o re-nacjonalizacji zakładu tekstylnego sprywatyzowanego (z naruszeniem prawa) przez reżim Mubaraka. Wyrok sądu był poprzedzony protestami i okupacją zakładu pracy przez pracowników, którzy wysuwali postulaty podwyżek płac i nacjonalizacji zakładu pracy.

Odszkodowania za katastrofy ekologiczne – amerykański koncern Chevron pozwał w 2009 r. Ekwador, w związku z decyzją sadu nakazującą koncernowi zapłacić 9,5 mld. dolarów za skażenie środowiska powstałe na skutek działalności koncernu. Trybunał nakazał rządowi Ekwadoru wstrzymanie realizacji wyroku, na co ten ostatni nie wyraził zgody powołując się na konstytucyjną zasadę podziału władz. Chevron zażądał więc odszkodowania za naruszenie zasady „sprawiedliwego i słusznego prowadzenia negocjacji w zakresie inwestycji”.

Ochrona zdrowia publicznego – Philip Morris pozwał rządy Australii i Urugwaju domagając się wycofania restrykcyjnych przepisów dotyczących oznakowania paczek papierosów, których celem było ograniczenie spożycia tytoniu. Odszkodowanie, którego Philip Morris żąda od Urugwaju wynosi 2 mld. dolarów, co stanowi 4% PKB tego kraju.

Ochrona środowiska naturalnego – koncern paliwowy Lone Pine pozwał rząd Kanady o odszkodowanie za wprowadzenie moratorium na wydobycie gazu łupkowego metodą szczelinowania, które skutkowało cofnięciem niektórych licencji wydobywczych. Analogiczny pozew w 2009 r. złożyła firma Pacific Rim, żądając od rządu Salwadoru 301 mln. dolarów odszkodowania (1% salwadorskiego PKB)za moratorium na działalność wydobywczą, na skutek którego firma nie może otworzyć swojej kopalni złota „El Dorado”. Moratorium wprowadzono po masowych protestach społecznych przeciwko skażeniu wody na skutek działalności wydobywczej.

„Współpraca regulacyjna” czyli wyścig na dno

Wbrew zapewnieniom Komisji Europejskiej, redukcja „barier pozataryfowych” nie jest kwestią techniczną, ale ma doniosłe znaczenie dla zakresu praw pracowniczych w trzech podstawowych aspektach: (1) tworzy warunki do „wyścigu na dno” – konkurencji pomiędzy państwami w zakresie „oferowania” inwestorom najniższych możliwych poziomów norm i regulacji; (2) otwiera drogę do deregulacji przepisów związanych z bezpieczeństwem i higieną w miejscu pracy oraz (3) utrudnia wprowadzanie nowych regulacji w przyszłości.

Martin Myant i Ronan O’Brein w analizie przygotowanej dla European Trade Union Institute (ETUI)[11] wskazują, że projektowane mechanizmu wzajemnego uznawania odmiennych norm i procedur mogą prowadzić  do „wyścigu na dno” pomiędzy krajami/regionami o różnym poziomie regulacji: w warunkach swobody mobilności kapitału, przedsiębiorstwa będą przenosić swoją działalność na obszary gdzie obowiązuj mniej restrykcyjny poziom regulacji, tym samym przyczyniając się do podważenia bardziej restrykcyjnych norm. Zdaniem autorów, taka sytuacja miała miejsce w sektorze finansów w okresie przed kryzysem, gdy przedsiębiorstwa finansowe „wybierały” dużo mniej restrykcyjne regulacje obowiązujące w Stanach Zjednoczonych.

Adoración Guamán[12] – hiszpańska politolożka związana z lewicowym think-tankiem Transform! zwraca uwagę, że mobilność kapitału i możliwość swobodnego świadczenia usług ponad granicami w sytuacji występowania różnych poziomów ochrony praw (pracowniczych, konsumenckich, ekologicznych) nie stanowi problemu, o ile spełnione są dwa warunki: (1) gdy porozumienie handlowe/inwestycyjne ustanawia wspólny, minimalny poziom standardów w zakresie praw pracowniczych (płacy minimalnej, maksymalnego czasu pracy itp.) oraz (2) gdy porozumienie handlowe/inwestycyjne zawiera klauzule zobowiązujące państwa-sygnatariuszy do utrzymania istniejącego poziomu regulacji. W przeciwnym wypadku, efektem porozumienia będzie socjalny dumping oraz konkurencja pomiędzy państwami chcącymi zaoferować „najkorzystniejsze warunki dla biznesu”, czyli najmniejszy możliwy poziom regulacji.

W tym aspekcie TTIP bezpośrednio zagraża prawom pracowniczym: oprócz dotychczasowego zróżnicowania w ramach UE poziomów płac, przepisów dotyczących czasu pracy, układów zbiorowych oraz praw i wolności związkowych, porozumienie rozszerza  strefę wolnego handlu na Stany Zjednoczone, gdzie poziom ochrony praw pracowniczych (szczególnie kolektywnych praw i wolności związanych z działalnością związkową) jest znacznie niższy niż w Europie.

Spośród ośmiu kluczowych konwencji Międzynarodowej Organizacji Pracy (które ILO uznaje za podstawowe i wymagające uznania przez wszystkie państwa członkowskie bez względu na poziom ich rozwoju gospodarczego) Stany Zjednoczone ratyfikowały zaledwie dwie: Konwencję nr 105 o Zniesieniu Pracy Przymusowej z 1959 r. oraz Konwencję nr 182 o Najgorszych Formach Pracy Dzieci z 1999 r. Amerykańskie prawo pracy pozostaje natomiast w sprzeczności z następującymi kluczowymi konwencjami MOP[13]:

1.Konwencją nr 87 o Wolności Zrzeszania się i Ochronie Prawa Pracowników do Organizowania się (z 1948 r.);

2.Konwencją nr 98 o Prawie do Organizowania się i Prowadzenia Negocjacji Zbiorowych (z 1949 r.);

3.Konwencją nr 29 o Pracy Przymusowej (z 1930 r.);

4.Konwencją nr 138 o Minimalnym Wieku (z 1973 r.);

5.Konwencja nr 100 o Równym Wynagrodzeniu za Pracę (z 1951 r.);

6. Konwencją nr 111 o Dyskryminacji (z 1958 r.)

W porównaniu z w/w konwencjami MOP, normy prawa pracy w USA wykluczają pluralizm związkowy (pracowników z danego zakładu pracy może reprezentować tylko jedna organizacja związkowa), zezwalają pracodawcom na podejmowanie działań przeciwko próbom organizowania się pracowników i pracownic w związki zawodowe, w większym stopniu ograniczają prawo do strajku, umożliwiają władzom publicznym pozbawienie organizacji związkowej statusu reprezentanta pracowników w trybie administracyjnym, mniej restrykcyjnie regulują kwestie korzystania przez prywatne przedsiębiorstwa z pracy więźniów, w większym stopniu ograniczają zakres negocjacji zbiorowych w sektorze publicznym i w mniejszym stopniu chronią reprezentantów i reprezentantki związków zawodowych przed zwolnieniem z pracy.

Jeśli TTIP miałby więc faktycznie „wspierać implementację podstawowych standardów MOP”, to wymagałoby to uprzedniej lub jednoczesnej ratyfikacji przez Stany Zjednoczone wszystkich w/w konwencji MOP oraz radykalnej zmiany amerykańskiego systemu prawnego. Taka deklaracja jednak nie padła i powszechnie wiadomo, że amerykańska administracja od dawna wzbrania się przed implementacja tych standardów. W konsekwencji, wszystko wskazuje na to, że TTIP stworzy wspólny obszar wolnego handlu obejmujący dwa skrajnie różne systemy norm prawa pracy – bardziej restrykcyjne regulacje w UE (w większym stopniu chroniące pracowników i pracownice i w większym stopniu ograniczające przedsiębiorców) i dużo bardziej liberalne w USA. Nietrudno przewidzieć, że w takich warunkach biznes będzie wywierał presję na poszczególne rządy państw europejskich mającą skłonić je do równania w dół, a nie w górę.

„Współpraca regulacyjna” czyli deregulacja

Komisja Europejska podkreśla stanowczo, że celem TTIP nie jest deregulacja, a istniejące normy i przepisy „mają pozostać na miejscu”. Jednocześnie – w ramach zaprojektowanej w TTIP współpracy regulacyjnej – porozumienie zakłada, że istniejące regulacje będą wzajemnie uznawane (lub uznawane za równoważne) przez strony porozumienia. Zdaniem cytowanych autorów analizy ETUI „osiągnięcie „kompatybilności” pomiędzy dwoma różnymi systemami regulacji może prowadzić do różnych skutków w poszczególnych obszarach. W tym także do zaakceptowania przez jedną ze stron regulacji bądź systemu regulacji drugiej strony. Podczas gdy „równanie w górę” zostało wspomniane jako jedna z możliwości porozumienia w tych sferach [..] gdzie wyższy poziom ochrony jest akceptowany przez drugą stronę, obecne realia polityczne sprawiają, że jest to bardzo mało prawdopodobne w najważniejszych obszarach [objętych TTIP].” Szczególne obawy budzi współpraca regulacyjna w zakresie norm sanitarnych – europejski system REACH i amerykański TSCA są bowiem kompletnie różne:

•REACH wymaga rejestrowania wszystkich substancji chemicznych obecnych na rynku, podczas gdy TSCA wymaga rejestracji tylko w odniesieniu do substancji sprzedawanych, produkowanych lub użytkowanych po roku 1976.

•REACH nakłada na producentów obowiązek dostarczenia szczegółowych informacji o wszelkich substancjach chemicznych, które są produkowane lub importowane w ilościach przekraczających 1 tonę rocznie w celu weryfikacji czy są one bezpieczne, podczas gdy TSCA nie wymaga od producenta udowodnienia, że dana substancja jest bezpieczna – jest on zobowiązany jedynie do dostarczenia informacji o jakości danej substancji.

•REACH wymaga umieszczania informacji o ryzyku związanym z użytkowaniem lub narażeniem na oddziaływanie danej substancji, podczas gdy TSCA nie wprowadza takich wymagań.

•REACH nakłada na producentów obowiązek wykazania, że dana substancja chemiczna jest bezpieczna oraz ustanawia zakazy lub limity używania substancji uznanych za szczególnie niebezpieczne, podczas gdy TSCA zobowiązuje władze publiczne do wykazania, że dana substancja jest niebezpieczna  i wymaga ograniczeń w zakresie produkcji lub użytkowania.

W efekcie, amerykański system prawny zezwala na produkcję i obrót wieloma toksycznymi substancjami zakazanymi w UE – włącznie z azbestem, który ciągle jest używany w USA w branży budowlanej oraz w przemyśle samochodowym. Ewentualne „wzajemne uznanie” istniejących norm sanitarnych oznaczać więc będzie ich faktyczną deregulację i przyjęcie dużo mniej restrykcyjnych amerykańskich regulacji – „tańszych” dla biznesu (i realizujących tym samym główny cel TTIP jakim jest intensyfikacja wymiany handlowej), ale generujących dużo większe koszta społeczne.

Bariery dla nowych regulacji i inne spojrzenie na kwestię kosztów

System harmonizacji regulacji, który odnosi się do norm i procedur projektowanych w przyszłości zakłada, że wprowadzanie nowych ograniczeń będzie dużo trudniejsze niż ma to miejsce obecnie – przede wszystkim ze względu na konieczność wcześniejszego przeprowadzania konsultacji ze środowiskami biznesowymi. Wg. Myanta i O’Briena, „w USA takie podejście skutkuje długotrwałym opóźnieniem lub nawet zablokowaniem nowych regulacji”.

Oczywiście w perspektywie czysto „biznesowej” (czyli przyjmującej zyski przedsiębiorstw za jedyne kryterium oceny) zarówno opisane wcześniej regulacje, jak i normy wprowadzane ewentualnie w przyszłości stanowią koszty i bariery ograniczające możliwość prowadzenia działalności gospodarczej. Z punktu widzenia społecznego są one jednak często korzyściami: poprawiają jakość życia i stan zdrowia społeczeństw oraz ograniczają koszty leczenia. Dwa przykłady takich korzyści z regulacji przedstawiono w tabeli nr. 2 (na podstawie analizy Myanta i O’Briena).

Tabela 2 – Korzyści z regulacji

Każdego roku w Europie 65 tys. osób umiera na skutek narażenia na substancje kancerogenne w pracy – to dwa razy więcej niż liczba ofiar wypadków drogowych. Wg. niektórych analiz narażenie na kancerogeny w pracy odpowiada za 5,3% zgonów z powodu raka w Wielkiej Brytanii i 8% zgonów spowodowanych rakiem w Finlandii. W Wielkiej Brytanii, 85% zgonów wynikających z narażenia na czynniki rakotwórcze w miejscu pracy wynika z kontaktu z 10 substancjami chemicznymi. Wg. autora analizy wykonanej na zamówienie KE, problem ten można by rozwiązać poprzez ścisłą kontrolę użytkowania i kontaktu z relatywnie nieliczną grupą rakotwórczych chemikaliów, co pozwoliłoby na zredukowanie udziału zgonów spowodowanych kontaktem z kancerogenami w pracy w ogólnej liczbie zgonów na raka z poziomu 5% do 1%.

W 2011 r. Komisja Europejska opublikowała analizę kosztów wynikających z niestosowania obowiązujących przepisów ochrony środowiska naturalnego. Koszty te oszacowano na kwotę 50 mld. Euro rocznie.

Całościowy bilans liberalizacji handlu i inwestycji – przykład NAFTA

Optymistyczne prognozy wzrostu PKB, płac i zatrudnienia są argumentami, które stosuje się przy okazji wszystkich inicjatyw zmierzających do liberalizacji handlu – były one również obiecywane na początku laty 90. pracownikom i pracownicom z USA, Kanady i Meksyku, gdy rządy tych krajów negocjowały porozumienie NAFTA, którego zakres i charakter jest bardzo podobny do TTIP (chociaż NAFTA kładła większy nacisk na redukcję ceł oraz ISDS, a mniejszy na „współpracę regulacyjna”). Ponad 20 lat po wejściu w życie NAFTA istnieje ogromna liczba analiz i opracowań podsumowujących efekty tego porozumienia – obraz jaki się z nich wyłania jest skrajnym przeciwieństwem obietnic sprzed dwóch dekad.

Wg. szacunków Economic Policy Institute (EPI)[14] bezpośrednim skutkiem porozumienia dla amerykańskiej gospodarki był radykalny wzrost deficytu w handlu z Meksykiem i Kanadą (w 1993 r. USA miały niewielką nadwyżkę handlową z Meksykiem wynoszącą 1,6 mld. USD, w 2010 r. import z Meksyku przewyższał znacząco eksport skutkując powstaniem deficytu w wysokości 97,2 mld USD). Deficyt handlowy powstały w okresie 1994-2010 (wg. EPI) odpowiada za redukcję 682 900 miejsc pracy w USA (po uwzględnieniu wzrostu zatrudnienia wywołanego zwiększeniem eksportu na rynek meksykański) – co ważne redukcja miejsc pracy dotyczyła głównie produkcji przemysłowej (wyższe płace) a nowe miejsca pracy powstawały w usługach (niższe płace).

Poza redukcją liczby miejsc pracy, NAFTA stało się także narzędziem wykorzystywanym przez amerykańskich kapitalistów do zwalczania związków zawodowych i ograniczania presji płacowej. Wg. analizy przygotowanej przez Kate Bronfenbrenner[15] na zamówienie Sekretariatu ds. Pracy trójstronnej Komisji ds. Współpracy w zakresie Pracy (North American Commision for Labor Cooperation) jednym z efektów NAFTA w Stanach Zjednoczonych było masowe używanie przez pracodawców gróźb przeniesienia zakładu do Meksyku gdy pracownicy i pracownice podejmowali próby założenia związku zawodowego. Bronfenbrenner przeanalizowała w sumie około tysiąca kampanii organizowania pracowników prowadzonych przez amerykańskie związki zawodowe w zakładach zatrudniających powyżej 50 osób w okresie od 1993 r. do 1995 r. Na podstawie zgromadzonego materiału doszła do wniosku, że groźby delokalizacji produkcji były skutecznym narzędziem: gdy podczas kampanii przygotowującej załogę do głosowania nt. powołania reprezentacji związkowej pracodawcy ich używali, odsetek wygranych przez związek głosowań wynosił 33%, natomiast gdy groźby te nie padały, 47% głosowań kończyło się wynikiem korzystnym dla związku. Co ważne, deklaracje przeniesienia produkcji czy działalności usługowej „na Południe” padały niezależnie od kondycji finansowej przedsiębiorstw.

Także w przypadku Meksyku liberalizacja wymiany handlowej nie przyniosła zapowiadanych efektów. Chociaż kraj ten osiągnął nadwyżkę handlową w relacjach z USA, nie przełożyło się to w istotny sposób na wzrost płac i poprawę warunków pracy: amerykański think-tank Center for Economic and Policy Research[16] (CEPR – instytut nosi taką samą nazwę jak europejski think-tank, na którego analizy powołuje się Komisja Europejska, jednak obie instytucje mają skrajnie różne spojrzenie na gospodarkę) wskazuje, że okres 20 lat obowiązywania porozumienia przyniósł stagnację płac: przeciętna płaca realna w 2012 r. była tylko o 2,3% wyższa niż w 1994 r.[17] , natomiast płaca minimalna po skorygowaniu o poziom inflacji w okresie 1994-2012 spadła o 26,3%. Równie mizerne były efekty w dziedzinie zatrudnienia: stopa bezrobocia wynosząca w 1994 r,. poszybowała w dwóch kolejnych latach do poziomu 6,2%, następnie spadła do 2,2% w 2000 r., aby ponownie wzrosnąć do 5% w 2013 r. Co ważne, meksykańskie regulacje w zakresie zabezpieczenia społecznego są bardzo restrykcyjne, w związku z czym niewielu osobom przysługuje prawo do otrzymywania zasiłków dla bezrobotnych – efektem jest rozwój „niepełnowartościowego zatrudnienia” (w niepełnym wymiarze czasu pracy, dorywczego) i pracy w szarej strefie. Stopa bezrobocia rejestrowanego w Meksyku powinna więc być (zdaniem ekspertów CEPR) traktowana raczej jako ogólny wskaźnik sytuacji na rynku pracy, a nie faktyczna miara bezrobocia. Wpływ porozumienia na zatrudnienie w meksykańskiej gospodarce można natomiast dość dokładnie przeanalizować na podstawie zatrudnienia w rolnictwie – EPI szacuje[18], że na skutek otwarcia meksykańskiego rynku na amerykańskie (dotowane!) produkty rolne ok. 2 mln. osób straciło pracę w rolnictwie – głównie w sektorze małych gospodarstw rodzinnych gdzie zatrudnienie spadło łącznie o 4,9 mln. osób. Wzrost zatrudnienia o 3 mln. nastąpił w sektorze prac sezonowych (związanym głównie z działalnością korporacji lokujących swoją działalność w Meksyku), ale był on niewystarczający aby wchłonąć wszystkie osoby, które straciły prace w rolnictwie.

Wszystkie cytowane wyżej analizy wskazują, że „rozwój” meksykańskiej gospodarki oparty był przede wszystkim na radykalnym zwiększeniu znaczenia bezpośrednich inwestycji zagranicznych (BIZ), których udział w PKB w okresie 1994-2007 wzrósł do poziomu 2,9% (w latach 1980-1993 wynosił zaledwie 1%)[19]. Inwestycje te najczęściej były jednak skupione w sektorze maquiladoras (montowni) składających produkty finalne z półproduktów importowanych najczęściej z USA, a  następnie eksportowanych z powrotem do Stanów Zjednoczonych. Sektor ten bazuje na niskich płacach, długich godzinach pracy, ścisłym nadzorze nad pracownikami i koncentruje się na działalności niewymagającej wysokich kwalifikacji. Konferencja Narodów Zjednoczonych ds. Rozwoju (UNCATD) podaje, że w okresie od 1980 r. do 1997 r. udział Meksyku w światowym eksporcie produktów przemysłowych wzrósł dziesięciokrotnie, podczas gdy udział w światowej wartości dodanej obniżył się o 1/3 a udział w światowym dochodzie spadł o ok. 13%[20].

Można więc powiedzieć, że NAFTA „włączyła” Meksyk w globalną gospodarkę, ale integracja ta była oparta wyłącznie na niskich płacach i skrajnym wyzysku. Co ważne – wbrew zapewnieniom apologetów wolnego handlu popierających NAFTA, sytuacja meksykańskich pracowników i pracownic nie uległa poprawie w dłuższej perspektywie czasowej – nie nastąpiło żadne „skapywanie bogactwa” od właścicieli firm i kadry zarządzającej, które korzystały z rozwoju eksportu zagarniając gigantyczne zyski. Model „rozwoju” oparty o liberalizację handlu okazał się ściśle związany z niskimi płacami, co z kolei przełożyło się na utrzymanie się w Meksyku  wysokiego poziomu ubóstwa (wg. CEPR w 2012 r. 52,3% meksykańskiej populacji żyła w ubóstwie – w porównaniu z rokiem 1992, kiedy to odsetek ten wynosił 53,1%, trudno mówić o znaczącej poprawie).

Opowieści o „triumfie” meksykańskiej gospodarki ostatecznie zakończyły się w 2001 r., wraz z dołączeniem Chin do WTO. Od tego czasu udział meksykańskiego eksportu w całkowitym amerykańskim imporcie wyrobów innych niż ropa naftowa doświadczył stagnacji lub niemrawego wzrostu (z poziomu ok. 10% w 2001 r. do 13% w 2012), podczas gdy radykalnie wzrósł udział dóbr eksportowanych przez Chiny – z poziomu ok. 10% w 2001 r. do 22,8% w 2012. Chiny wygrały konkurencję oferując jeszcze niższe koszty pracy i wspierając krajowe firmy przez państwowy system bankowy.

Martin Hart-Landsberg z amerykańskiego Monthly Review wskazuje, że inne kraje Trzeciego Świata wraz z integracją ich gospodarek z globalnym systemem kapitalistycznym podążały bardzo podobną ścieżką „rozwoju” jak Meksyk[21] – rywalizowały z innymi krajami niskim poziomem płac i warunków pracy, ale przyczyniło się to jedynie do tymczasowego umiejscowienia w nich pracochłonnych etapów globalnego łańcucha produkcji międzynarodowych korporacji. Nie nastąpił natomiast zapowiadany wzrost płac i rozwój zaawansowanych technologii – te bowiem pozostały w krajach Centrum, które z kolei zaczęły borykać się z problemami z deficytem handlowym i rosnącym bezrobociem.

TTIP – z powodów opisanych powyżej – niesie ze sobą ryzyko dalszego pogłębiania sprzeczności globalnej gospodarki, jakie ujawniły się przy okazji porozumienia NAFTA. Taki model „rozwoju” gospodarczego w pierwszej kolejności uderza w pracowników (i to na wiele sposobów – od likwidacji miejsc pracy, przez stagnacje płac, aż po demontaż siatki zabezpieczenia społecznego i atak na prawa związkowe), ale jest też trwale (i w coraz większym stopniu) narażony na kolejne kryzysy. Zablokowanie TTIP powinno więc stać się jednym z priorytetów ruchu związkowego – tak w Europie, jak i w stanach Zjednoczonych.

Jakub Grzegorczyk
 
Artykuł pierwotnie ukazała się książce „TTIP – Pułapka Transatlantycka” pod red. Przemysława Wielgosza (Instytut Wydawniczy Książka i Prasa, Warszawa 2015). Publikacja jest dostępna w całości w wersji pdf on-line na stronie Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego
Przejdź i podziel się z innymi:
Wyślij email do tego postu

1 komentarz

  1. Barbarus 12:33, Sty 06, 2017

    Wysoce prawdopodobne jest więc, że zyska znów owe wcale nie mityczne 0,1 proc. populacji, czyli najbogatsi inwestorzy, a także, być może, wyższa kadra kierownicza, w Polsce zwana nie bez powodu bullterierami. Pozostałych czeka socjalny dumping. Co na to SLD, KOD…?
    Niestety, podobne analizy rozumieją wyłącznie beneficjenci TTIP, a w ich interesie nie leży udostępnianie ich masom, tak nazwijmy przeciętnych członków społeczeństwa…

    Odpowiedz do tego komentarza
*/

Pozostaw swój komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola zostały oznaczone *

Szymczycha: „Dobra zmiana” w mediach publicznych może oznaczać ich koniec

Odwiedź nas

twitter