Lewicowy portal codziennych informacji i opinii

InWyzysk

Odstęp wiersza+- ARozmiar czcionki+- Drukuj ten artykuł
InWyzysk

Gdyby ktoś stworzył ranking antyfirm roku 2016 In Post Rafała Brzoski zajęłaby w nim czołową pozycję. Artykuł Roberta Nowaka.

Klęską wolnego rynku pocztowego jest „InPost”, który w lecie tego kończącego się 2016 roku wycofał się z doręczania tradycyjnych listów do adresatów, będąc konkurencją dla Poczty Polskiej przez ostatnie lata.

Tracąc intratny kontrakt doręczania listów poleconych z sądu, „InPost” stracił jedno z głównych źródeł zysków, które bynajmniej nie lokował w Polsce, ale … na Cyprze, jednym z tzw. rajów podatkowych.

Kiedy „InPost” w 2013 roku wygrywał najważniejszy dla siebie przetarg z sądowymi listami poleconymi, mała firma pocztowa „Direct Post” z Poznania, z kapitałem 55 tysięcy złotych dogrywała na rynku.

Co prawda nie zostawiła swoich pracowników na lodzie, jeśli idzie o wypłaty za ostatnie dwa miesiące swojego funkcjonowania, ale poprzez agencję pracy tymczasowej „Full Job” w Warszawie, którą do początków lipca 2013 roku zatrudniała doręczycieli listów, przyczyniła się nie płacąc faktur tejże agencji, do wstrzymania wynagrodzenia za czerwiec trzy lata temu, które nie zostały po dziś dzień odblokowane i zapewne nigdy do tego nie dojdzie, znając realia wolnorynkowe w Polsce.

Nie idzie jednak kwestię wypłat w „DP”, ale o to, jak była zorganizowana praca w sortowni listów tej firmy.

Gdy się czyta, jak funkcjonował „InPost” i jego sortownie listów, widać w tym podobieństwo, amatorszczyznę z brakiem orientacji w terenie i łamanie przy tym praw pracowniczych.

Praca listonosza Poczty Polskiej ma swoje ramy czasowe i rejon, który był mu dobrze znany.

Niestety warunki na chwilę obecną w PP też są gorsze i na jednego listonosza często przypada mu więcej niż jeden rejon, gdzie musi doręczyć listy.

Tak samo mieli listonosze min. in. „DP” i „InPostu”, a także mniejszych podmiotów gospodarczych działających na tym segmencie rynku.

Kiedy prywatne firmy stawały do przetargu z PP wygrywały taniością kosztów, którą przerzucali na pracowników na ogół rekrutując ich przez firmy zewnętrzne lub agencje pracy tymczasowej.

Dzięki temu taka firma nie musiał w majestacie prawa odpowiadać za brak wypłat, gdy pracującym dla nich listonoszom nie wypłacano wcale lub z opóźnieniem wynagrodzenie.

Mając umowy zlecenia lub o dzieło nie mogli zwrócić się o pomoc do Państwowej Inspekcji Pracy, gdy ta instytucja interweniuje tylko, gdy zachodzi umowa o pracę między pracownikiem a jego pracodawcą.

Doręczyciele przychodzili na ogół rano, dostawali bardzo często źle posortowane przesyłki w pudełku kartonowym, gdzie znajdowały się przesyłki z adresami ulic nieleżących na rejonie, na który mieli iść danego dnia, tak było w przypadku „Direct Postu”.

Potem z bezimiennymi identyfikatorami i kamizelkami z logo firmy szli na rejon, z którego wracali bardzo często po godzinie 16-17.

Ich pracę nie ułatwiała nieznajomość rejonu, który był bardzo rotacyjny, ale także brak kodów na klatki. Doręczyciele z poza PP byli i są nadal traktowani, jak roznosiciele ulotek i niewpuszczani na klatki.

Nic dziwnego, że większość adresatów dowiadywało się o tym, że swoje przesyłki mogło odnaleźć nie w sortowni, ale w lesie lub w pobliżu miejsca swojego zamieszkania, czyli w kontenerach na śmiecie.

Zmieniający się rotacyjnie pracownicy byli na porządku dziennym, co wywoływało sytuację, że nie można było dojść, kto zagubił przesyłkę lub wyrzucił ją w nieodpowiednie do tego miejsce.

Trudno się dziwić samym doręczycielom tych firm, że na wzgląd na zarobki i warunki pracy, żegnali się już po tygodniu lub dwóch, no może max paru miesięcy, jeśli wytrzymywali rygor czasu wykonywanych przez siebie obowiązków.

„InPost” poległ właśnie dla tego, że to co było u niego na porządku dziennym (mało kogo sposób doręczania przesyłek niepoleconych interesował), zaczęło dotykać najważniejszą instytucję w kraju, czyli sądy, wywołało poruszenie w kraju.

Gdyby „IP” wygrał jeszcze doręczanie listów do ministerstw i innych instytucji rządowych, to prawdopodobnie nasza wiedza o działalności tych instytucji była pełniejsza.

Może „szkoda”, że firma pana Brzoski nie doręczała listów rządowych.

Było to z wielką szkodą dla kraju oraz jej instytucji, ale dobitnie unaoczniło skutki współpracy między państwem a przedsiębiorstwami prywatnymi, które wedle neoliberalnej zasady mają sobie świetnie radzić bez czyjejkolwiek pomoc, a tym bardziej państwa.

Nic z tego nie wyszło.

„InPost” zniknął z rynku doręczenia listów zwykłych, sprzedając swoją spółkę córkę „Bezpieczny list” firmie krzak z Warszawy za sumę … 10 tysięcy!

Cel wiadomy, aby nie zapłacić swoim byłym listonoszom ani złotówki!

„Wojciech Kądziołka, rzecznik InPostu, tłumaczy nam, że problem z wynagrodzeniami to teraz sprawa Tenes One. Jan Steckiewicz, pełnomocnik zarządu firmy, która przejęła Bezpieczny List, nie odbiera jednak telefonu. Sprawę rozstrzygnąć będzie musiał, więc sąd. Pracownicy Bezpiecznego Listu nie tylko stracili bowiem lipcową pensję, ale również pracę – dostają bowiem od nowego właściciela wypowiedzenia. Właśnie koszt wynagrodzenia za lipiec i trzymiesięcznej odprawy szacują na 10 tys. zł. Do poszkodowanych już zwracają się kancelarie, które zamierzają reprezentować ich w postępowaniu sądowym. Niektóre z ofert zakładają darmową obsługę prawną. Poszkodowani planują złożyć pozew zbiorowy. Na Facebooku Zbigniew Stonoga, kontrowersyjny przedsiębiorca i aktywista polityczny, znany z publikacji akt śledztwa ws. afery podsłuchowej, zapowiedział wsparcie dla poszkodowanych”.

Tekst Michała Duszczyka, „Pracownicy firmy Bezpieczny List, spółki-córki InPostu, szykują pozew przeciwko byłemu pracodawcy”, „Rzeczypospolita”, 23 sierpnia 2016 roku.

Kapitalizm poległ na rynku pocztowym, zostawiając na lodzie 1200 pracowników „InPostu”, a Rafał Brzoska ma jeszcze czelność mieć pretensje do państwa, które nie raczyło jego moralnie wątpliwego interesu wspierać.

To samo państwo jest bezradne by pomóc pracownikom takich firm, jak „InPost” odzyskać ich ciężko zarobione pieniądze.

Jeszcze kamyczek do ogródka Unii Europejskiej, która poprzez swój neoliberalizm, hojnymi dotacjami wspiera ten kryminał.

Bardzo się cieszę, że po 2020 roku strumień pieniędzy z UE dla Polski będzie mniejszy.

Oczywiście nie wykluczy on dalszej patologii na rynku pracy w Polsce, ale chętnych oszustów będzie mniej zakładać firmy działające w imię zysku oraz wyzysku takie, jak „InPost” czy „Direct Post” oraz kooperujące z nim firmy krzaki nazywane szumnie agencji pracy tymczasowej.

ROBERT NOWAK

Przejdź i podziel się z innymi:
Wyślij email do tego postu

3 komentarze/y

  1. Sylwia 10:36, Sty 03, 2017

    In post rzeczywiście jest klęska. Doręczają uszkodzone przesyłki później z reklamacja grają na czas i na koniec pieniędzy nie oddają !

    Odpowiedz do tego komentarza
  2. Wojciech 09:44, Sty 01, 2017

    Z tego samego oszustwa Poczta zwana Polską zlikwidowała setki skrzynek pocztowych w miastach. Już nic Polskiego w tym kraju nie ma.

    Odpowiedz do tego komentarza
  3. Czytelnik 19:57, Gru 31, 2016

    U Was też chyba niewesoło, skoro zamieszczacie tekst półanalfabety bez redakcji i korekty. Wstyd!

    Odpowiedz do tego komentarza
*/

Pozostaw swój komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola zostały oznaczone *

Szymczycha: „Dobra zmiana” w mediach publicznych może oznaczać ich koniec

Odwiedź nas

twitter