Lewicowy portal codziennych informacji i opinii

Jak odzyskać miasto w kilku krokach? Wskazówki z Barcelony

Odstęp wiersza+- ARozmiar czcionki+- Drukuj ten artykuł
Jak odzyskać miasto w kilku krokach? Wskazówki z Barcelony

Rok 2016 był ciężkim rokiem dla osób o progresywnych poglądach politycznych. W roku 2017 coraz większe ich grupy będą z nadzieją spoglądać na globalne metropolie.

Proces ten wydaje się dziś najbardziej widoczny w Stanach Zjednoczonych, gdzie władze samorządowe mają całkiem spore uprawnienia. Uprawnienia, które mogą się przydać za kadencji obejmującego urząd 20 stycznia Donalda Trumpa.

Opór przed prawicowym populizmem

Już dziś część włodarzy deklaruje, że nie zamierza ułatwiać realizowania wyborczych obietnic nowemu prezydentowi.

Podczas gdy Trump rozważa wypowiedzenie przez USA paryskiego porozumienia w sprawie walki ze zmianami klimatu większe i mniejsze miasta w kraju deklarują podtrzymanie, a nawet zwiększenie swoich ambicji budowy niskoemisyjnej gospodarki o jak najmniejszym poziomie emisji gazów cieplarnianych.

Niezależnie od tego, czy wybudowany zostanie mur na granicy z Meksykiem albo czy nowa administracja zdecyduje się zaostrzyć działania na rzecz deportacji migrantów, metropolie takie jak Nowy Jork czy Seattle gotowe są ograniczyć do minimum współpracę z federalnymi urzędnikami, tworząc sieć „miast-schronień” dla szukających lepszego życia w Stanach.

Dodajmy do tego podejmowane na szczeblu lokalnym działania na rzecz wzrostu poziomów płacy minimalnej (która na szczeblu centralnym nie drgnęła od początku XXI wieku) by zauważyć, że polityka miejska zaczyna przejawiać ambicje kojarzące się nam do niedawna głównie z poziomem państwowym.

Inne miasto jest możliwe

Nie trzeba do stwierdzenia tego faktu wierzyć w tezy socjologa Benjamina Barbara o znacznie bardziej świetlanej przyszłości miast niż państw narodowych. Przy całych ograniczeniach władzy lokalnej widać wyraźnie, że jej działania mogą wpływać np. na stan powietrza w miastach, w których żyjemy czy na poziom dostępności ważnych usług publicznych.

Ze skutkami niekontrolowanego rozlewania się miast, prywatyzacji przestrzeni publicznej czy presji na zabudowę terenów zielonych zmagamy się do dziś. Choć każda miejscowość ma swój własny, unikalny zestaw problemów, to ruchy na rzecz innego miasta – przyjaznego dla ludzi i środowiska – stają się globalnym fenomenem.

Jego próbkę mogliśmy obserwować na własnym podwórku w wyborach samorządowych w 2014. Nie wszystkie oddolne ruchy odniosły sukces choćby na poziomie zdobycia reprezentacji w radach miast, zdołały jednak przesunąć nieco dyskusję na temat polityki miejskiej z wyścigów na lanie większej ilości betonu na dbałość o poprawę jakości życia, odczuwalną przez jak największe grono mieszkanek i mieszkańców.

Kolejne wybory na tym szczeblu już za 2 lata. Jeśli wierzyć krótkiej ściągawce, którą przygotował zmieniający dziś Barcelonę ruch miejski to najwyższy czas, by zacząć do nich przygotowania.

Miejskie (r)ewolucje

Inicjatywa Barcelona en Comu była lokalną odpowiedzią na skutki kryzysu gospodarczego, który przetoczył się przez Hiszpanię i którego skutki – cięcia programów społecznych czy wysokie bezrobocie (nie tylko) młodych – odczuwalne są tam po dziś dzień.

Skutki polityczne tego kryzysu były równie znaczące. Wystarczy rzut oka na hiszpański parlament, by dostrzec w nim nowe siły polityczne, takie jak lewicowe Podemos i liberalnych Obywateli (Ciudadanos).

Ruch sprzeciwu wobec polityki zaciskania pasa nie ograniczył się jednak wyłącznie do szczebla centralnego. W miastach powstały progresywne inicjatywy, łączące już istniejące partie polityczne, nowe siły, a także oddolne mobilizacje społeczne.

Barcelona en Comu jest jedną z nich. Udało jej się zdobyć ponad 25% głosów w wyborach do tamtejszej rady miasta, a jej polityczka – Ada Colau – została jako pierwsza kobieta w historii wybrana na urząd burmistrza miasta.

Choć do zdobycia samodzielnej większości zabrakło jej całkiem sporo, to jednak udało się odsunąć od władzy centroprawicową ekipę z ugrupowania Konwergencja i Unia (CiU).

Udało się też zaproponować przestawienie priorytetów lokalnej polityki, m.in. poprzez przejście ze stymulowania napływu jak największej ilości turystów w stronę skupiania się na rozwiązywaniu bolączek lokalnych społeczności (np. mieszkaniowych).

Katalońska ściągawka

Zmiana ta nie dokonała się jednak poprzez przeprowadzone na szybko sklejenie kilku szyldów partyjnych, o czym wydany na przełomie zeszłego i tego roku przewodnik „How to Win Back the City en Comu” pisze bardzo wyraźnie. Zamiast tego proponuje on dużo pracy z elektoratem.

Dobre porady prosto z Katalonii? Po pierwsze – lepiej, by personalne animozje nie skończyły się powstaniem więcej niż jednej listy obywatelskiej.

Lepiej też, by zaczynała ona od zaproszenia lokalnych społeczności do współtworzenia jej dokumentów programowych na bazie ogólnego manifestu, diagnozującego sytuację w mieście.

Zdaniem aktywistów wyzwaniem stało się odzyskanie miejskich instytucji w celu przywrócenia kontroli nad procesami decyzyjnymi, do tej pory mającymi następować pod wpływem lobby sektora finansowego, nieruchomości oraz przemysłu turystycznego.

Wspólny wysiłek

Tak program, jak i np. kodeks etyczny powstawały tam poprzez dyskutowanie najważniejszych kwestii i tematów – zarówno na spotkaniach, jak i poprzez specjalną platformę internetową.

Ważne były klarowne ramy prac, odbywających się zarówno w grupach tematycznych, jak i terytorialnych. Po uzgodnieniu postulatów nastąpiło ich uszeregowanie w kolejności ich wagi przez uczestników procesu, a 40 najważniejszych z nich stało się rdzeniem programu listy. Cały proces trwał niemal rok.

Dużym osiągnięciem było takie ułożenie list wyborczych komitetu, które uwzględniałoby zarówno siłę poszczególnych, tworzących je formacji (Podemos, ekopolitycznych ICV-EUiA i Equo czy aktywistów z grup Guanyem Barcelona i Proces Constituent), jak i m.in. parytet płci. W wypadku tego pierwszego kryterium było ono elastyczne i nie wiązało się z gwarantowanymi kwotami dla każdego z graczy.

Najważniejszym ciałem, spinającym działania innych ciał (m.in. grup programowych czy zespołów do spraw komunikacji) było odbywające się co dwa tygodnie zgromadzenie wszystkich osób zaangażowanych w ich pracę. Dawało to niezbędną, demokratyczną legitymizację całemu procesowi.

By jeszcze podnieść poprzeczkę chętnym na podobne inicjatywy na polskim gruncie warto dodać, że istotną rolę w całym przedsięwzięciu odgrywało zakorzenienie koordynatorów lokalnych w swoich społecznościach, przejawiające się m.in. w diagnozowaniu sytuacji w terenie oraz kontaktach z różnego rodzaju inicjatywami mieszkańców.

Pozostać blisko ludzi

Na straży realizacji postulatów ruchu przez jego wybranych przedstawicieli stać ma wspomniany już kodeks etyczny. Wymaga on od nich prezentowania kalendarza spotkań oraz publikacji materiałów na ich temat. Przez 5 lat od zakończenia urzędowania mają oni zakaz zasiadania na pozycjach kierowniczych w firmach, na których funkcjonowanie i osiągane zyski mogli mieć wpływ jako politycy.

Przejrzystość dotyczyć ma również kwestii finansowych. Niedopuszczalne ma być dla nich przyjmowanie datków od osób, które mogłyby później wpływać na ich działania np. w radzie miasta (pomóc w tym może również maksymalny limit wpłat od pojedynczej osoby).

Osoba wybrana z ramienia Barcelona en Comu nie może również zarabiać na swym urzędzie więcej niż 2.200 euro i zasiadać w danym ciele więcej niż dwie (lub trzy, w wypadku zgody wyrażonej w konsultacjach społecznych) kadencje.

Czy system ten się sprawdzi? Mamy jeszcze trochę czasu, by to sprawdzić. Osoby, chcące widzieć za dwa lata więcej osób o progresywnym spojrzeniu na politykę miejską w radach miast i na urzędach prezydenckich powinni na niego spoglądać jeszcze bardziej uważnie.

BARTŁOMIEJ KOZEK

Przejdź i podziel się z innymi:
Wyślij email do tego postu

0 komentarzy i opinii

Pozostaw swój komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola zostały oznaczone *

Zieloni apelują do samorządowców w sprawie wycinki drzew

Odwiedź nas

twitter