Lewicowy portal codziennych informacji i opinii

Jakub Dymek: Trump daje okazję do zastępczej zemsty zwykłych ludzi na elitach [Rozmowa Trybuna.eu]

Odstęp wiersza+- ARozmiar czcionki+- Drukuj ten artykuł
Jakub Dymek: Trump daje okazję do zastępczej zemsty zwykłych ludzi na elitach [Rozmowa Trybuna.eu]

Z Jakubem Dymkiem, dziennikarzem i publicystą  „Krytyki Politycznej” i współpracownikiem nowojorskiego magazynu „Dissent” rozmawia Marek Nowak.

Marek Nowak:  Mimo, że od zwycięstwa Donalda Trumpa nad Hillary Clinton w wyborach prezydenckich w USA minęło już ponad pół roku, chciałbym zacząć od pytania o przyczynę tego sukcesu. Jak to się stało, że 45. prezydentem Stanów Zjednoczonych został polityk, któremu prawie nikt nie wróżył sukcesu, najpierw w prawyborach Partii Republikańskiej, a potem w starciu z kandydatką Demokratów? Warto przypomnieć, że po pierwszej debacie z Hillary Clinton pojawiły się hasła „zapomnijmy o prezydencie Trumpie”.

 

Jakub Dymek: Co ciekawe, hasło „Zapomnijmy o prezydencie Trumpie” było  powtarzane nie tylko po debatach prezydenckich, ale nawet w przeddzień wyborów.  Przypominam sobie taki podcast magazynu „Foreign Policy” wypuszczony dzień przed głosowaniem. Ludzie o niebagatelnej wiedzy politycznej, doświadczeni eksperci, komentatorzy i najlepsi w USA specjaliści od polityki publicznej poświęcili całą godzinę swojej rozmowy zastanawianiu się nad tym, co będzie jutro, kiedy wreszcie wszyscy odetchniemy po tym absurdalnym i groteskowym koszmarze, który zgotowało sobie amerykańskie społeczeństwo. W tym sensie, rzeczywiście Trump był postacią, której zwycięstwo pozornie przeczy zdrowemu rozsądkowi.

 

Pozornie?

 

Tak, ponieważ gdy  przyjrzymy się dokładnie jego kampanii, to możemy zauważyć, że tryumfalny pochód tego kandydata pokrywał się zarówno z mapą amerykańskiej deindustrializacji, problemów dotykających przede wszystkim sieroty po dawnym, jak to opisał obrazowo jeden z dziennikarzy amerykańskiego „Forbesa”, okresie „socjalizmu dla białych” w czasach relatywnego dobrobytu przemysłowego boomu, ale też… z  mapą wyborców, którzy  8 lat temu zagłosowali za „polityką zmiany”, wspierając wtedy  Baracka Obamę. Na Trumpa głosowało też wielu wyborców białych, którzy oprócz wykluczenia ekonomicznego wynikającego z pogarszającej się sytuacji materialnej, czują też wykluczenie symboliczne – rosnąca śmiertelność białych mężczyzn, plagi społeczne, jakie ich dotykają, blokada awansu prowadzi do poczucia zagrożenia. Powstaje wrażenie – czasem prawdziwe, czasem fałszywe – że nikt o tym nie chce mówić. „Mamy gorzej niż czarni” – myślą. A to niekoniecznie mówią rasiści, przecież ci ludzie głosowali wcześniej na Obamę, prawda?

 

To niedoceniana, choć bardzo istotna część elektoratu, bez której trudno jest wygrać w USA jakiekolwiek wybory – czyli wraca, wydawałoby się zapomniana, tak zwana „południowa strategia”, przede wszystkim biała Ameryka przeciwko mniejszościom. Podsumowując, można powiedzieć, że Donald Trump zdobył więcej głosów elektorskich, bo zdobył je tam, gdzie były społeczne problemy, które potrafił przekuć w wyborcze paliwo – system elektorski dowartościowuje prowincję kosztem metropolii, co doskonale też widać na mapie wyborów. Hillary Clinton zdobyła więcej głosów, ale gdy spojrzymy na rozkład wyborów nawet nie w stanach, a pojedynczych hrabstwach, jej poparcie to jest archipelag „niebieskich” miejskich wysp na olbrzymim „czerwonym” oceanie amerykańskiej prowincji.

 

Czemu tylu komentatorów nie przewidziało tego zwycięstwa? 

 

Niech to, co teraz powiem, nie zabrzmi jak kolejne oskarżenie dla establishmentu, ale zazwyczaj jego poglądy i oczekiwania po prostu nie są reprezentatywne dla ogółu społeczeństwa. W analizie politycznej niedocenianą, lecz niezwykle istotną, kategorią jest klasa społeczna. To, co się myśli o sądownictwie, imigracji, gospodarce – to wcale nie jest podział tylko na „lewicę” i „prawicę”. Ktoś z klasy eksperckiej bardzo szanuje innych ekspertów – nauczycieli, prawniczki, dyplomatów. A ktoś, kto pracuje za płacę minimalną, został oszukany przez bank czy firmę ubezpieczeniową, a sąd na przykład odebrał mu prawa rodzicielskie, w czym dotkliwie ujawniła się w jego lub jej oczach cała niesprawiedliwość i pycha tego eksperckiego systemu  –  całe jego życie podpowiada mu, że eksperci to pasożyci. To znak „prawicowości”? Oczywiście, że nie. Kiedyś na niechęci do ekspertów i zimnej wojnie między ekspertami i klasą robotniczą zyskiwały przecież związki zawodowe.

 

Tego się nie rozumie, albo rozumie bardzo słabo, jeżeli o polityce pisze się jedynie z poziomu Waszyngtonu, który zwyczajnie nie jest miastem reprezentatywnym dla Ameryki. W tym sensie faktycznie – ci, którzy domagali się od kandydata na prezydenta USA profesjonalizmu, opanowania i znajomości mechanizmów polityki, mogą czuć się  zaskoczeni i rozczarowani. Hillary była spełnieniem marzeń ekspertów o polityce, bezsprzecznie. Niemniej warto pamiętać, że w przecież  nie na profesjonalizm, znajomość realiów, czy też  wiedzę się w wyborach politycznych głosuje.

 

 A na co się głosuje?

 

Głosuje się na opowieść, emocje, nadzieje. Bardzo często nasz wybór determinuje to, jak widzimy samych siebie w danym systemie. Bohater polityczny czasem jest kimś takim, jak bohater z popkultury symboliczne przywracający godność ludziom, którzy na co dzień odczuwają jej deficyt. Można zadać zupełnie zasadne pytanie, czy Obama nie wygrał w ten sposób? On był twarzą mitu „od zera do bohatera”, człowiekiem z wielkiego awansu, self-made-manem, przychodzącym po prezydencie Bushu z klanu milionerów i politycznej dynastii symbolizującej zabetonowanie polityki. No i pamiętajmy, że Obama także… pokonał Hillary Clinton, która przecież była jego konkurentką o tę nominację.

 

Wracając do konfliktu społecznego roku 2016: wielu ludzi, których możemy nazwać „zwykłymi Amerykanami” miało dość tego, co odbierali jako pogarda, pouczanie, czy mówiąc ogólnie, poczucia wyższości Ameryki z Zachodniego Wybrzeża. Trump mógł być dla takich ludzi kimś w rodzaju  superbohatera, posiadacza supermocy, z których jedna jest naprawdę imponująca, mianowicie: umiejętność skutecznego wkurzania, obśmiewania elit i wyznawanych przez nich reguł. W tej roli Trump daje okazję do zastępczej zemsty zwykłych ludzi na elitach. To, między innymi, dzięki temu kandydat z poza politycznego centrum mógł tak łatwo do niego przeniknąć, ustawić całą debatę wokół siebie i jeszcze na tym wygrać.

 

Ważną rolę w zwycięstwie Trumpa odegrał bez wątpienia główny doradca jego kampanii wyborczej, Stephen Bannon, właściciel skrajnie prawicowego portalu Breitbart oraz czołowa postać kojarzoną z ruchem amerykańskiej Alt-Prawicy.

 

Zanim o Alt- Prawicy, może najpierw warto powiedzieć kilka słów o samej kampanii. Uważam, że była ona absolutnie genialna – nie w tym sensie, że była bezbłędna, lecz w tym, że miała przebłysk geniuszu niedostępnego dla ludzi o konwencjonalnym, dobrze uformowanym, przewidywalnym sposobie myślenia. Chodzi mi o to, że komuś, kto jest doświadczoną prawnikiczką, fizykiem, czy innym ekspertem zajmującym się daną dziedziną przez wiele lat, ciężko jest wpaść na jakieś wywrotowe, rewolucyjne i niekanoniczne odkrycie. Oczywiście są wyjątki, ale naprawdę rzadko się zdarzają, gdyż wieloletni profesjonaliści raczej nie zaprzeczają kanonom swojej sztuki. Tymczasem cała kampania Donalda Trumpa była przebłyskiem geniuszu, bo wywracała wszystko, co wiemy o prowadzeniu kampanii, do góry nogami.

 

Bardziej niż tradycyjną kampanię przypominała prowadzone przez Trumpa reality show „Celebrity Apprentice”. W tym swoim programie aktualny prezydent, a wtedy celebryta, występował w roli szefa przeprowadzającego casting wśród ludzi, którzy muszą walczyć o jego zaufanie i jednocześnie zaufanie widzów. On zaś wybierał wśród nich tych najbardziej zdeterminowanych, przekonywujących i niesztampowych ludzi. Kiedy pomyślimy o tym z punktu widzenie konwencjonalnej polityki, to jest to absurdalne. Kampanię należy mieć od początku do końca wymyśloną, a za jej realizacje powinni odpowiadać najlepsi profesjonaliści. Co więcej, jeśli nie jest to absolutnie niezbędne, nie należy w jej trakcie robić personalnych roszad. Trump złamał te zasady i powierzył swoją kampanię również ludziom, którzy albo nigdy wcześniej nie robili żadnej kampanii, a jeśli już to na pewno nie na poziomie prezydenckim. Byli to jednak ludzie, którzy nie mieli nic do stracenia, a bardzo wiele do wygrania. Okazało się, że taka mieszanka nie tylko świetnie działa, ale skutkuje takim szokiem, że oponenci nie wiedzą, co robić. Przywoływany przez ciebie twórca kampanii, Stephen Bannon, był w tej układance postacią kluczową.

 

Warto zatrzymać się chwilę przy tej postaci. Kim jest Stephen Bannon?

 

Najkrócej można powiedzieć, że jest ideologiem, intelektualistą i fanatykiem, który jest przekonany o tym, że Ameryka przeżywa olbrzymi, dziejowy, cywilizacyjny kryzys. Kryzys ten ma podwójną twarz. Jedną jego twarzą jest kryzys tradycyjnych wartości reprezentowany przez Hollywood – „upadek obyczajów” pochwała liberalnego trybu życia oraz odejście od religii, jako ważnej części społecznej tkanki spajającej społeczeństwo. Drugą twarz tegoż kryzysu stanowi impas amerykańskiej gospodarki i jej skorumpowanie, symbolizowane przez Wall Street i Washington,  która przestaje spełniać podstawową rolę: nie przynosi ani dobrobytu, ani nie umożliwia awansu, ani stabilności.

 

W jednym z wywiadów z Bannonem i jego ojcem, 90-letnim już byłym monterem telekomunikacyjnym, pada takie zdanie, że w pracy w ogóle od pensji ważniejszy jest „socjal”, czyli urlopy, dodatki, emerytura, szkoła dla dzieci i wakacje. To  też pokazuje, jak w ideologii Bannona ważny jest ten „socjalizm dla białych”: wizja czasów, kiedy zwykły robotnik wysyłał dzieci do dobrych szkół, a nawet jeśli zarabiał tylko przeciętnie, to garściami czerpał ze wszystkiego, co najlepsze mogło mu zaoferować sprawnie działające państwo i rynek. Dziś zaś przecież wielu republikanów uważa, że nic państwo nie może ani nie powinno gwarantować, a i rynek też właściwie nie musi – Bannon, choć sam jest milionerem, od dziesięciu przynajmniej lat ustawia się w roli „ludowego” wizjonera, który tak samo bardzo, jak lewicowych, nienawidzi też prawicowych elit za ich niezrozumienie, pogardę i poczucie wyższości wobec świata zwykłych ludzi, takich jak jego ojciec.
A, no i nie można nie powiedzieć, że Stephen Bannon jest człowiekiem, który wyznaje teorię cykli historycznych, które zawsze kończą się apokalipsą.

 

Rozumiem, że Bannon wierzy, że teraz jesteśmy na końcu cyklu – przeddzień apokalipsy?

 

Dokładnie tak. Jest taka teoria panów Straussa i Howe’a, która mówi, że w Ameryce każdy ład wytrzymuje cztery pokolenia, a potem musi być wojna, bunt, albo jakaś katastrofa. Zgodnie z ich kalendarzem, przynajmniej od dobrych paru lat jesteśmy w schyłkowym okresie ostatniego pokolenia. Bannon jest wyznawcą tej teorii. Co więcej, on uważa, że jeżeli już ma nadejść jakiś globalny kryzys, to należy go wykorzystać, czy wręcz przyśpieszyć, by następnie na gruzach starego świata zbudować nowy porządek społeczny oparty na tradycyjnych wartościach, co, zadaniem Bannona, otworzy kilka  dekad stabilnego świata.

 

W ten oto przewrotny sposób wartości bliskie sercu Amerykanów z prowincji najboleśniej odczuwających na sobie stagnację gospodarczą, wartości zachowawczej podmiejskiej klasy średniej i wartości republikańskiej oligarchii mogą zostać połączone w wspólną wizję. Mamy chrześcijański porządek społeczny; gospodarkę, która wraca na normalne tryby; Amerykę odzyskującą swoją pozycję – co automatycznie powoduje wielki zastrzyk godności i dumy – a do tego przywracany jest zdrowy wolnorynkowy kapitalizm.

 

W tej czysto utopijnej wizji wszyscy są szczęśliwi. W tym sensie Bannon jest najczystszym rewolucjonistą. Miał o sobie kiedyś powiedzieć, że jest leninistą, bo jak Lenin nienawidzi państwa. Dziś się oczywiście do tego cytatu nie przyznaje.

 

Jeśli przez rewolucję rozumiemy radykalną zmianę rzeczywistości, to za dużo tu jej nie widać. Bannon na każdym kroku powtarza, że jest kapitalistą  wierzącym w system, który sam nazywa „oświeconym kapitalizmem judeochrześcijańskim”. W gruncie rzeczy cała jego opowieść sprowadza się do tego, że istniał kiedyś idealny kapitalizm umocowany na chrześcijańskich wartościach, ale przyszli źli ludzie i go wypaczyli. My prawdziwi konserwatyści go teraz przywrócimy i zapanuje powszechna szczęśliwość. W zasadzie to nawet ciężko nazwać Bannona antysystemowcem, gdyż jego „rewolucja” w istotny sposób systemu nie zmienia. Chodzi w niej głównie o to by „złe” liberalne elity zastąpiły „dobre”, konserwatywne.

 

Nie doceniasz znaczenia pojęcia kary i tego jak olbrzymią rolę ono odgrywa w myśleniu o sprawiedliwości. Myśleniu, z którego liberalizm się katapultował. Opowieść Banona o tym, co wydarzyło się w roku 2008 jest tak naprawdę uniwersalnym, dającym się wpisać zarówno w lewicowość jak i prawicowość wołaniem o to, by winni, odpowiedzialni za kryzys, zostali ukarani. Bez kary nie może być ani pokuty, ani powrotu do normalności. Trzeba zrozumieć, że dla wielu ludzi, którzy w potoczny – co nie znaczy, że niesłuszny –sposób rozumieją sprawiedliwość, ogromnie frustrującym musiał być fakt, że po kryzysie ekonomicznym prawie nikomu nie spadł włos z głowy. Co więcej, gdy Amerykanie tracili domy i oszczędności, to za państwowe pieniądze pompowane w ratowanie banków, bankierzy, którzy przecież przyczynili się do tego kryzysu, wypłacali sobie ogromne nagrody. To jest tak niesprawiedliwe, że trudno się dziwić, iż ludzie dotknięci takim doświadczeniem dopominają się o sprawiedliwość. Elity tego wołania nie słyszały.

 

Obama, który początkowo zapowiadał zerwanie z dominacją Wall Street w strukturach departamentu skarbu, wkrótce otoczył się ludźmi z Harwardu, Waszyngtonu  i właśnie z Wall Street, czyli z trzech miejsc, z których wypłynął kryzys. Warto pamiętać, że w przeszłości prezydenci z Partii  Demokratycznej, tacy jak Franklin D. Roosevelt, czy Lyndon Jonhson, mieli dużo większą odwagę w nominowaniu ludzi bez doświadczenia i spoza establishmentu. To był właśnie wyraz myślenia niekanonicznego i odwagi postąpienia wbrew przesądom własnego środowiska. Brak tych dwóch cech w dzisiejszej Partii Demokratycznej zemścił się tym, że kiedy mieliśmy kryzys ekonomiczny, to do jego rozwiązania wzięto tych samych ludzi, którzy go wywołali.

 

Na tym tle Trump, który mówił do ludzi: „ja ich wsadzę do więzień, a jeśli tego nie zdołam zrobić, to ich upokorzę za to, co wam zrobili” zyskiwał poparcie.  To jest arcyważne, gdy zastanawiamy się nad tym, jak to jest możliwe, że jakiś milioner w stylu Trumpa, lub  milioner w stylu Bannona, może nawiązać dobry kontakt z ludźmi ponad barierą swojego ekonomicznego przywileju. Mogą to zrobić, gdyż odwołują się do poczucia sprawiedliwości, które jest uniwersalne.

 

Zaś co do „oświeconego kapitalizmu judeochrześcijańskiego”, jaki propaguje Bannon, to doskonale wiemy, iż jest to kompletna bzdura. Nie ma czegoś takiego, jak „judeochrześcijański kapitalizm”, nie ma też odrobiny historycznej prawdy w tym, co twierdzi Bannon, że „odpowiedzialni” i „tradycyjni” ludzie w przeszłości prowadzili kapitalizm do samych sukcesów. Pomijając już monumentalną hipokryzję, że „tradycyjne chrześcijańskie wartości” ma reprezentować on z Trumpem, którzy we dwóch mieli chyba osiem żon i tyle samo rozwodów, a dorobili się na tak „chrześcijańskich” interesach spekulacja cenami nieruchomości i praniem cyfrowej waluty w Chinach. Jednak w całej tej opowieści, tak jak w całym czekaniu na wielką katastrofę, u podstaw leży żądanie stabilności. To nie jest tak, że Amerykanie masowo wierzą w opowieści Bannona, ale na pewno jest tak, że wielu oczekuje stabilizacji i ta opowieść się w tę potrzebę wpisuje.

 

Przejdźmy do Alt-Prawicy. Ten niejednorodny, skrajnie prawicowy ruch polityczny, którego Stephen Bannon jest czołową postacią, dziś świętuje swój sukces, jakim jest wybór Trumpa. Skąd wzięła się „Alternatywna Prawica”?

 

Alt-prawica jest w takich samych proporcjach autentycznym „ruchem” społecznym, co straszakiem  i wygodną etykietą, jaką media z upodobaniem zaczęły się posługiwać, żeby nazwać fenomen wcześniej przeoczony. Jeszcze dziesięć lat temu było przecież na odwrót – to liberałowie celebrowali młodzież, a konserwatyści byli przerażeni „pokoleniem Internetu”. Najlepiej więc zacząć odpowiedź od tego, na co „alt prawica”, czyli kulturowy bunt przeciwko starym mediom, politykom i liberalno-demokratycznym wartościom pokolenia rodziców dzisiejszych 20-30 latków, jest reakcją.

 

To efekt zakończenia dwóch cykli: długiego i krótkiego. Długi cykl zaczął się w 1968 roku od protestów studentów, których politycznym skutkiem było przeniknięcie progresywnego języka i myślenia oraz dowartościowania mniejszości do mainstreamu amerykańskiej i europejskiej rzeczywistości politycznej. Można powiedzieć, że od tego momentu język progresywnej polityki stał się na wielu poziomach obowiązującym językiem szanowanej debaty publicznej. Mało się o tym mówi w kontekście samego Trumpa, ale to właśnie tamte protesty i ich polityczne skutki wywołały po stronie tradycyjnej amerykańskiej i europejskiej prawicy poczucie klęski i ogromną, założycielską traumę. Uruchomiły też ogromne pieniądze, które posłużyły do budowy prawicowej infrastruktury. W rezultacie długoletnie, wręcz pokoleniowe, zmagania prawicy doprowadziły dziś do tego, że język liberalno-progresywny traci swoją przezroczystość i zostaje zepchnięty na pozycję wyłącznie jednego z języków.

 

Widać, że to, co pozornie „oczywiste” – że w demokracji szanujemy przeciwnika, dajemy prawa mniejszościom, odcinamy się od rasizmu  przeszłości – to dziś jeden z wyborów, który jak każdy wybór, ma swoje uwarunkowania. Na przykład: sympatia czy nawet jakiś rodzaj podziwu dla Putina i Rosji jest niemożliwy w pokoleniu polityków, którzy pamiętają zimną wojnę i szczerze gardzą autorytarnymi zapędami w globalnej polityce. Ale dla dzisiejszego 20-latka? „Hej, ten Putin całkiem sobie radzi, twardy facet z niego, pedałów trzyma pod butem i nikomu się nie kłania” – to, że Waszngton właściwie w całości dalej jest antyputinowski czy antyrosyjski, w ogóle nie musi nic znaczyć dla kogoś, kto przecież wcale Waszyngtonu nie lubi. Sympatia do Putina zaś to rodzaj kontrkulturowego wyboru, wcale nie tak daleki od komunistycznych sympatii zbuntowanej młodzieży pół wieku temu.

 

Zaś argument, że ktoś jest antysemitą, ksenofobem czy też rasistą, przestaje działać, ponieważ nie ma już ośrodków kontroli debaty, ani jednego panującego języka, który pozwoliłby te rzeczy nazwać oraz piętnować poprzez zarządzania wykluczeniem symbolicznym. Kiedyś, jak cię „New York Times” albo Jewish Defense League – organizacja monitorująca antysemityzm – nazwali antysemitą, to mogłeś mieć problem, włącznie z inwigilacją przez FBI. A teraz? Jak ktoś Bannona nazywa antysemitą, to on na swojej stronie publikuje pięć artykułów o tym, że kocha Izrael i kolejne pięć o tym, że prawdziwy antysemityzm uprawia lewica, liberałowie, „New York Times” i „zbuntowani Żydzi” – to cytat! – z partii republikańskiej.

 

A krótki cykl?

 

To dwie kadencje Baracka Obamy . To nie jest przypadek, że Alt-prawica „wygrywa” w USA właśnie po rządach Obamay Po pierwsze warto tu nadmienić, że tradycyjne systemy dwupartyjne zawsze powodują takie wahania. Jeżeli zblokowane są wspólnie siły liberalne i progresywne z jednej strony, a konserwatywne i populistyczne z drugiej, to masz 50% szans, że zawsze jacyś radykałowie zblokowani z prawicą wygrają.  Po drugie dla dużej części amerykańskiej prawicy wybór Obamy był równie dużą traumą, jak rok 1968. Pisano zupełnie na poważnie w szanujących się pismach, że „czeka nas 40 lat socjalizmu” i że „nadchodzi czas bolszewickiej indoktrynacji”. Obama reprezentował – czy naprawdę czy tylko w głowach, to inna dyskusja – egzystencjalne wręcz zagrożenie dla prawicowej oligarchii. Oni wyobrażali sobie go jak połączenie Lenina, Martina Luther Kinga i Che Guevary naraz – bali się ośmieszenia ideałów prawicowych na skalę całego pokolenia, ale jeszcze bardziej bali się, że Obama naprawdę zaprowadzi socjalizm, spektakularnie ukarze kapitał, a demokraci na zawsze wezmą głosy w „postrasowej” Ameryce. Oczywiście, wiemy co z tego zostało – nic.

 

Mimo wszystko zarówno jedno, jak i drugie wydarzenie – 1968 i 2008 – wywołało olbrzymi rozrost infrastruktury prawicowej. Think tanki, lobby, bunt na poziomie nawet pojedynczych szkół i miasteczek, miliony idące do mediów – Glenn Beck czy inne gadające głowy brały, i jest to udokumentowane, na przykład milion dolarów rocznie za powtarzanie w swoich programach konkretnych postulatów opracowanych wcześniej przez lobbystów.

 

W Stanach Zjednoczonych, gdzie Partia Republikańska ma swoją oligarchię i swoich miliardowych sojuszników, pieniądze są łatwe do prześledzenia, ale zjawisko, o którym mówię, dotyczy też Europy. Jak się nad tym zastanowisz, to zauważysz, że przez ostatnie 15 lat prawica niezależnie od tego, czy wygrywała, czy przegrywała wybory, to zawsze prowadziła swoją kampanię polityczną. Dobrym przykładem jest Wielka Brytania. Zwróć uwagę, że antyunijne filmy piętnujące tzw. „unijne absurdy” i nawołujące do wystąpienia z UE, to nie jest przypadek ostatniego roku, tylko ostatnich 15 lat. Ludzie pamiętają tylko film „Brexit”, a tego było morze.

 

Ważnym, lecz niedocenianym zjawiskiem, któremu warto by było poświęcić kilka słów, był pewien zwrot, jaki się dokonał na szeroko rozumianej prawicy. W jego wyniku prawa strona sceny politycznej w niemal wszystkich swoich nurtach uznała, że, aby wygrywać z liberałami i lewicą, musi posługiwać się populizmem.

 

Patrząc na to od strony systemowej, był to bardzo logiczny ruch. Siły, których wspólnym interesem było uderzenie w establishment, słusznie uznały, że by to zrobić skutecznie muszą wykroczyć poza spektrum i wyjść ze swoją propozycją do ludzi nie mających do tej pory swojej politycznej reprezentacji.

 

Pytasz, czy to musiał być zwrot „ludowy” i dlaczego on taki był? Zwróć uwagę, że jeżeli jesteś profesjonalistą, członkiem „salariatu” w ramach klasy średniej, reprezentantem tej klasy eksperckiej to w każdej zachodniej demokracji znajdziesz swoją partię w postaci jakiegoś lokalnego wariantu Platformy, Nowoczesnej, Torysów itp. Natomiast problem zaczyna się, gdy ktoś jest przedstawicielem resztek dawnej klasy robotniczej, prekariuszem albo w ogóle nie pracuje. Partia tracących pracę, nie mających jej w ogóle inaczej znajdujących się w tym świecie pracy, który podlega bardzo szybkim zmianom, to jest rzadkość.  To bardzo ciekawe, że fakt, iż wielu ludzi z różnych powodów nie ma pracy, nie jest w spektrum liberalnym w ogóle zauważany. Jeśli właśnie straciłeś pracę albo znalazłeś taką, która cię nie satysfakcjonuje, albo ciągle się uczysz i wiesz, że tej wymarzonej pracy nie znajdziesz, to nie masz także swojej politycznej reprezentacji.

 

Naturalnym reprezentantem dla tych ludzi powinna być lewica.

 

Na europejskim podwórku można zauważyć na przykład, że grecka SYRIZA wzięła głosy emerytów, studentów i części właścicieli drobnych przedsiębiorstw i biznesów – trzech grup poza stabilnym zatrudnieniem. Emeryci i młody prekariat stanowią też grupy, do których odwołuje się hiszpańskie Podemos. Największymi zwolennikami Trumpa też byli nie zatrudnieni za płacę minimalną, ale ci których dotykają długoterminowe trendy zmieniające rynek pracy – czy to małe biznesy, które z powodu Obamacare i liberalnej polityki handlowej czują się poszkodowane, czy wciąż jeszcze zatrudnieni pracownicy i pracownice przemysłu, najlepiej widzący, że nic nie znaczy płaca netto, jeśli nie ma w ogóle gdzie pracować. Być może lewicowa baza głosów zmienia się szybciej niż lewicowe partie, które się o nią powinny starać.

 

Sukces Trumpa, od którego zaczęliśmy naszą rozmowę, wynikał w dużej mierze z tego, że nominalna amerykańska lewica, czyli Partia Demokratyczna, zawiodła olbrzymie nadzieje, które w trakcie pierwszej kadencji pokładano w Baracku Obamie. Tę emocję Bannon doskonale wyczuł.  Wyprodukował kiedyś film dokumentalny ”The hope and the change”, w którym  Obamę oskarżają  „zwykli ludzie”. To nie był wyłącznie film antyobamowski w doktrynerskim sensie – on był raczej przemyślnym zabiegiem mającym na celu spowodowanie, by energię i nadzieję, jaką wytworzyła kampania Obamy, obrócić przeciwko niemu. Ponadto warto tu nadmienić, że mieliśmy też sytuację podobną do tej, którą obserwowaliśmy w Polsce podczas rządów Platformy Obywatelskiej, kiedy to poczucie głębokiego kryzysu znacznej części społeczeństwa rozjechało się z wszechobecną propagandą sukcesu.

 

Ówcześnie rządzący  politycy z Partii Demokratycznej próbowali zrobić swój największy atut z tego, że wyprowadzili Amerykę z załamania gospodarczego.  Jednak opowieściami o tym, że przybywa miejsc pracy, dług publiczny maleje, wskaźniki ekonomiczne wyglądają dobrze, obligacje mają dobre notowania itd. przekona się tylko takich ludzi, dla których język wskaźników ekonomicznych jest rzeczywistością samą w sobie. Jest takie badanie ekonomistów z Harvardu i Princeton, które pokazuje, że 94% z miejsc pracy, które „stworzono” za Obamy, to praca tymczasowa,  freelance albo dla podwykonawców na kontrakt. A pomimo tego – „New York Times” publikuje takie statystyki co miesiąc – dalej za najlepszy wskaźnik wydajności amerykańskiej gospodarki uważa się  to, ile przybyło miejsc pracy. Absurd!  Mówienie ludziom, którzy stracili domy i nie mają pieniędzy, by spłacić college’ów swoich dzieci, że dzieje się świetnie, bo są dobre wskaźniki ekonomiczne, jest dla nich głęboko obraźliwe. Można powiedzieć, że to wszystko uwiarygodniało prawicową wizje świata, w której rząd to grupa idealistów umiejących tylko pięknie przemawiać i żyjących w zamkniętym akademicko-elitarnym  getcie.

 

Może zatem zabrakło lewicowej wizji świata? Opowieści, która odwołałaby się do tych samych realnych  problemów lecz odpowiedziałaby na nie inaczej, niż prawica. Potencjał na taką odpowiedź był. Warto zwrócić uwagę, że  pierwszy poważny protest społeczny, jaki powstał po kryzysie ekonomicznym, czyli ruch „Occupy Wall Street” był protestem o charakterze lewicowym, co pokazuje, że naturalny odruch ludzi w momencie kryzysu wcale nie był odruchem na prawo. 

 

„Occupy Wall Street” wprowadziło do amerykańskiego języka krytykę kapitalizmu, pewną emocję antyestablishmentową oraz ożywiło tradycję oddolnego zaangażowania i starych amerykańskich populizmów. Jednak ironia historii (lub dialektyka w działaniu) doprowadziła do tego, że na języku Occupy Wall Streat i lewicowej krytyki kapitalizmu najbardziej zyskali jej ideowi przeciwnicy. Lewica zdołała wbić niewielki, ale istotny, klin w konsensus ekonomiczny w USA – pokazała coś, co będzie najważniejszą zmienną późniejszych wyborów, że elita polityczna i finansowa jest bezkarna i bezmyślna. Przez to jednak, że prezydentem był wówczas demokrata, media wyglądały inaczej niż dziś, a sam ruch trafił na zły dla siebie czas, w którym nie było woli wysłuchania go, to nie udało się zrobić nic więcej. Ten sam klin, gdy okoliczności się zmieniły, a problemy podnoszone wcześniej przez lewicę napęczniały, został do końca wbity przez prawicę.

 

Może stało się tak dlatego, że siły lewicowe, czy też centrolewicowe, nie miały dość odwagi, by wykorzystać społeczną energię jaką wytworzył   „Occupy Wall Street” ?

 

Nie jest łatwo buntować się, gdy prezydentem jest ktoś, w kim duża część lewicy pokładała wielkie nadzieje. „Occupy Wall Streat” miało jednak opory, by być ruchem antyobamowskim. Prawica takich oporów nie miała, ponadto rozumiała, że każdy społeczny protest jest w gruncie rzeczy protestem przeciwko władzy. Nie można protestować przeciwko bankierom, bo są oni rozlaną, beztwarzową masą poukrywaną po swoich gabinetach. Dlatego to, ostatecznie, Tea Party, anty-waszyngtońskie skrzydło ludowej, oddolnej prawicy, a później Bannon doprowadziły ten ruch do logicznego końca, dodając do niego narrację antyrządową, typowo amerykańską nienawiść do Waszyngtonu, postrzeganego jako współczesna Sodoma, źródło całego zła i korupcji.

 

Dziesięciolecia zaniedbań i pęczniejących problemów społecznych, niechęć do reformy systemu politycznego – a wręcz jego postępująca degeneracja – zburzenie dotychczasowego ładu medialnego: jest tuzin powodów, dla których ten paradoks, milionerzy na czele ludowego buntu, mógł się urzeczywistnić. Ale się spełnił, przy okazji dając też tuzin lekcji lewicy i liberałom, które mogą – choć nie ma takiej gwarancji – wykorzystać w najbliższych latach.

 

***

 

Jakub Dymek – rocznik 1988, kulturoznawca, dziennikarz i publicysta. Członek „Krytyki Politycznej”, autor tekstów publikowanych m.in w nowojorskim magazynie „Dissent”, „Dzienniku Gazecie Prawnej”, „Tygodniku Powszechnym”. Prowadził seminarium „Polityka Sieci” w ramach programu Instytutu Studiów Zaawansowanych w Warszawie. Nominowany do nagrody dziennikarskiej Grand Press za publikacje poświęcone tajnym więzieniom CIA w Polsce. Stale współpracuje z dwutygodnik.com.

Jakub Dymek2

 

 

Przejdź i podziel się z innymi:
Wyślij email do tego postu

0 komentarzy i opinii

Pozostaw swój komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola zostały oznaczone *

Dr hab. Jarosław Flis: Ograniczenie kadencji prezydentów miast to nie jest dobry pomysł

Odwiedź nas

twitter