Lewicowy portal codziennych informacji i opinii

Kongo – kraj przeklęty

Odstęp wiersza+- ARozmiar czcionki+- Drukuj ten artykuł
Kongo – kraj przeklęty

Radosław Czarnecki o książce „Kongo (opowieść o zrujnowanym kraju)”.

Ta monumentalna pozycja to owoc wieloletnich badań, kilku podróży do serca Afryki (bo tym jest właśnie kraj w dolinie rzeki Kongo), wielogodzinnych rozmów z Kongijczykami, różnych opcji politycznych, różnego pochodzenia etnicznego itd. jakich dokonał belgijski dziennikarz i publicysta David van Reybrouck. Opisuje on dzieje tej krainy poczynając od brutalnych czasów niewolnictwa, przez niezwykle krwawą epokę belgijskiej kolonizacji (początkowo był to „prywatny folwark”, plantacja z milionami niewolników w tle, króla Belgów Leopolda II) po okres wyzwolenia i niepodległości naznaczonej także bezlitosną dyktaturą, przewrotami i morderstwami, waśniami plemiennymi itd. Dawne Kongo belgijskie to dzisiejszy kraj o nazwie: Demokratyczna Republika Kongo i malutkie (w porównaniu z tym państwowym kolosem, o powierzchni ponad 2,3 mln km kw.). przylegające doń od wschodu, Burundi oraz Rwanda. Ludobójstwo i walki plemienne o niespotykanej sile i bestialstwie jakie miały miejsce w Rwandzie w początkach lat 90-tych XX wieku (a które przeniosły się, siejąc zniszczenie i śmierć, na tereny Burundi i wschodnich prowincji Konga) to również echo epoki kolonialnej i belgijskich rządów na tych terenach. Książka to kolejny przyczynek, jakich mało niestety w polskiej ofercie dotykających zagadnień globalnych, dotyczący przeszłości i teraźniejszości, które się wzajemnie splatają i rzutować będą jeszcze długo na obecny klimat polityczno -społeczny wewnątrz cywilizacji Zachodu. Cień kolonializmu jest bowiem długi i znaczący, niechlubny i niebezpieczny. Co dziś widać „gołym okiem”.

W społeczeństwach kolonialnych nie

istniała większa przepaść niż ta, która

dzieliła afrykańskiego mężczyznę od

europejskiej kobiety. Odwrotny układ –

kontakt między Europejczykiem a  Afrykanką

– był zjawiskiem zwyczajowym

David van REYBROUCK

Coś co jest absolutnie niedostępne, zakazane niczym wielowiekowe tabu, budzi pożądanie i zazdrość, namiętność posiadania i drapieżny ekspansjonizm. Ponieważ mężatki kolonistów i okupantów oraz zakonnice były jedynymi przebywającymi w koloniach białymi kobietami,  a ich seksualna dostępność była prawie zerowa, gwałty po uzyskaniu niepodległości były brutalnym sposobem zagarnięcia  niedostępnego, zdeptania tabu, a jednocześnie upokorzeniem białych mężczyzn za lata niewoli i pogardy. Tak się stało w Kenii, w Rodezji (Zimbabwe), Algierii i Kongo ………

Czy dziś, w starej Europie, echa tych wydarzeń nie są obecne ? Czy cień kolonizacji i zaszczepionych w umysłowości tamtych społeczeństw mitów oraz schematów, nie odżywa współcześnie w starciu – za Huntingtonem – cywilizacji Zachodu z tzw. III Światem ?

Książka omawia ostatnie stulecia (dwa-trzy) dziejów tego gigantycznego kraju – obszarowo, pod względem bogactwa naturalnego (kopaliny – praktycznie cała tablica Mendelejewa, szlachetne gatunki drzew, tereny uprawne, nawodnienie – co w dzisiejszej Afryce jest z racji pustynnienia i stepowienia kontynentu pewnym ewenementem  itd.), zaludnienia etc. – doskonale pokazując istotę epoki kolonialnej i spustoszenia jakie ona dokonała tak w świadomości kolonizujących Czarny Ląd (i nie tylko) Europejczyków jak i kolonizowanych autochtonów. Belgijski autor, pochodzący z kraju który rękoma swego monarchy – traktującego olbrzymie obszary dorzecza rzeki Kongo jako swój prywatny folwark z całą gamą bezwzględności i brutalności jaka charakteryzowała zawsze takie przedsięwzięcia – realizował de facto masowe ludobójstwo na terenach współczesnego Konga, dokonuje dogłębnej i niezwykle szeroko prowadzonej wiwisekcji wielu aspektów polityki, rzutującej na współczesną historie tego państwa i społeczeństwa w nim żyjącego. Przecież to nie kto inny jak król Leopold II  jako właściciel tego folwarku (jak na ironię nazwanego w latach 1885-1908 przezeń „Wolne Państwo Kongo”) obciążył swe sumienie – i kolonialną hipotekę Belgii – nieustaloną liczbą poszkodowanych idącą w miliony (różne źródła podają od 5 do nawet 15 milionów ofiar totalnej eksploatacji). To co się działo wówczas w dorzeczu rzeki Kongo jest swoistym symbolem zawierającym wszystko co najgorsze w dziejach kolonializmu: bezwzględny wyzysk, brutalność najemników wynajętych tak przez króla jak i jego plenipotentów, zwyrodnienie w kontaktach z krajowcami, tortury, morderstwa, masowość okrutnych kar (amputacja dłoni i stóp w rodzinie niewolnika za nie wykonanie normy zbioru kauczuku, zabijanie jego dzieci i rodziny za to przewinienie jeśli wspomniane kary nie odnosiły skutku, chłosta pejczem ze skóry hipopotama – tzw. chicotte – którego uderzenie przecinało skórę i mięśnie aż do kości itd.). To egzemplifikacja dehumanizacji epoki kolonialnej w każdym calu.

Trudno się więc dziwić, że w niepodległym Kongu (i malutkich Rwandzie bądź Burundi) gigantyczna korupcja, brutalność, walki „wszystkich ze wszystkimi”, oligarchiczny system władzy, wojskowe przewroty i rządy skorumpowanych kacyków (np. dyktatorskie i barbarzyńskie, nawet jak za afrykańskie zwyczaje, rządy Mobutu Sese Seko Kuku Ngbendu  – tego „faraona Afryki” – trwające w latach 1965-97 są jakby dalekim echem wydarzeń z przełomu wieków XIX i XIX) stały się codziennością, a tym samym – kontynuacją i spuścizną tamtych czasów.

Tragicznych postaci w dziejach tego nieszczęśliwego kraju było niebywale dużo: Patrice Lumumba, Moise Czombe, Joseph Kasavubu, Pierre Mulele, Evariste Kimba. Dalej:  katastrofa – niewyjaśniona po dziś dzień – samolotu z Sekretarzem ONZ na pokładzie Dagiem Hammarskjöldem który  w niej ginie, secesje prowincji (Katangi, Kasai, Kiwu), rebelie i zamachy stanu, interwencje białych najemników itd. Konflikty Tutsich i Hutu (tu tragicznymi politykami stali się Juvenal Habyarimana i Cyprien Ntaryamira), zwieńczone rzezią tych pierwszych w 1994 na terenie Rwandy, a następnie – przeniesione do Konga, które stanęło w obliczu rozpadu i kompletnej dezintegracji w wyniku walk na tle tego ponadpaństwowego konfliktu plemienno-społecznego, to kolejny dramatyczny epizod w najnowszych dziejach tego państwa położonego w sercu Czarnego Lądu. Z tego konfliktu wyłaniają się dalsze, tragiczne postacie: Kabila – senior i junior, nadające ton polityce na tym obszarze oraz Paul Kagame (Rwanda) i Pierre Nkurunziza (Burundi). Na pewno do w miarę cywilizowanych demokratycznych porządków – choć ostatnie wybory kwalifikują się jako „w miarę demokratyczne” – droga jest daleka.

Wspomnianemu Mobutu, opresyjnemu i absolutnie niecywilizowanemu dyktatorowi (któremu mimo wszystkich przestępstw, korupcji, morderstw politycznych i brutalności znanych wszem i wobec, Zachód przez wiele lat udzielał bezwzględnego poparcia) udało się tylko jedno – i to jest też w jakimś stopniu ewenement w Afryce: mieszkańcy Zairu (dzisiejszej Demokratycznej Republiki Konga) poczuli się Zairczykami (Kongijczykami), nie Bakongo, Baluba, Bemba, Lunda czy Mongo.

Van Reybrouck swą książkę napisał nie tylko na podstawie źródeł pisanych, dokumentów, wycinków z gazet czy medialnych newsów. Rozmawiał też w wieloma Kongijczykami, często „starej daty”; pamiętających często okres kolonialny. Szczególnie interesujące są zapiski rozmów z ponad 100-letnim mieszkańcem Kinszasy, dające obraz owej epoki.

Kolonializm to nie tylko wymiana jednokierunkowa: metropolia – kolonia. Europa – Afryka. Zachodni świat – tzw. Świat Trzeci. Jak zawsze zasada sprzężenia zwrotnego tak i tu działa bezwzględnie, nawet dziś 40-, 50-, 60 lat po opuszczeniu przez kolonizatorów europejskich swoich afrykańskich posiadłości. Widać to dziś na ulicach wielu miast na Starym Kontynencie. Książka stara się w sposób obiektywny i zdystansowany – choć w tej kwestii chłodność i beznamiętność empatycznemu i refleksyjnemu Europejczykowi trudno zachować owo zdystansowanie i spokój – stara się przedstawić historię tego regionu, a de facto wystawia kolejny są (bardzo negatywny) naszej obecności, nas cywilizowanych Europejczyków, jako kolonizatorów na Czarnym Lądzie.

RADOSŁAW CZARNECKI

Dawid van Reybrouck, Kongo (opowieść o zrujnowanym kraju), Grupa Wyd. Foksal, Warszawa 2016, ss. 766

Przejdź i podziel się z innymi:
Wyślij email do tego postu

2 komentarze/y

  1. Wojciech 09:48, Kwi 17, 2017

    Josef Conrad, „Jądro Ciemności”, także o Kongu: „Zabić to całe bydło”. I dalej zabijają coraz więcej bydła.

    Odpowiedz do tego komentarza
  2. Bezpartyjny 06:50, Kwi 17, 2017

    UE to neokolonializm XXI wieku!

    Odpowiedz do tego komentarza
*/

Pozostaw swój komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola zostały oznaczone *

Dr hab. Jarosław Flis: Ograniczenie kadencji prezydentów miast to nie jest dobry pomysł

Odwiedź nas

twitter