Lewicowy portal codziennych informacji i opinii

Operacja „Repolonizacja”. Wstajemy z kolan czy na nie upadamy?

Odstęp wiersza+- ARozmiar czcionki+- Drukuj ten artykuł
Operacja „Repolonizacja”.  Wstajemy z kolan czy na nie upadamy?

Mająca swój początek w 1929 roku historia Pekao S.A. zatoczyła koło. O „repolonizacji” banku pisze dla Trybuna.eu dr Przemysław Czechanowski. 

Premier Beata Szydło kilkanaście dni temu powiadomiła opinię publiczną, iż kontrolowany przez skarb państwa Powszechny Zakład Ubezpieczeń we współpracy z Polskim Funduszem Rozwoju kupił, dzięki kredytowi pozyskanemu w  także państwowym banku PKO BP, pakiet 33% akcji banku Pekao S.A. od włoskiego konglomeratu finansowego UniCredito Italiano. Media bliskie partii rządzącej ogłosiły tryumfalnie początek od dawna oczekiwanej akcji odzyskiwania przez rodzimy kapitał sektora bankowego. Media liberalne utyskiwały nad kolejnym aktem nacjonalizacji sektora bankowego dokonywanym pod osłoną nacjonalistycznej retoryki, co podobno ma w nieuchronny sposób doprowadzić do upadku: najpierw samego sektora bankowego, a potem i całego państwa. Zatem wstajemy z kolan jak chce „wSieci”? Czy na nie upadamy jak woła „Wyborcza”? By móc odpowiedzieć na te pytania najpierw dwa fakty.

Prywatyzacja

Po pierwsze, bank Pekao S.A. czyli Polską Kasę Opieki założył na odchodnym w marcu 1929 roku minister skarbu Gabriel Czechowicz. Cel powołania był jak najbardziej utylitarny. Oficjalnie chodziło o obsługę przepływów finansowych 8 milionów emigrantów polskich rozsianych po całym świecie. Mniej oficjalnie, o pozyskanie dewiz umożliwiających kontrolę na mało płynnym polskim rynku walutowym, a także na kredytowanie mocarstwowych planów rozwoju Polski, która właśnie – „dzięki geniuszowi Marszałka” „poczęła wstawać z kolan”. Brzmi znajomo? Akcjonariuszami banku były: bank Pocztowa Kasa Oszczędności (dziś PKO BP), Bank Gospodarstwa Krajowego (BGK, dziś podmiot wchodzący w skład Polskiego Funduszu Rozwoju) oraz Państwowy Bank Rolny (dziś BGŻ). Wszystko instytucje w 100 proc. państwowe. Co nie powinno dziwić, gdyż II RP była państwem głęboko etatystycznym chroniącym monopole rządu oraz warstw uprzywilejowanych i – jakże by inaczej – inwestorów zachodnich. Wolny rynek i liberałowie byli w niej egzotyczną  mniejszością.

 

Zmiana ustroju w 1944 roku nijak nie wpłynęła na Polską Kasę Opieki, która w PRL pełniła dokładnie tę samą misję co w II RP.

 

Dopiero III RP i jej chroniczny problem z deficytem budżetowym zmusił rząd do prywatyzacji drugiej co do wielkości instytucji na przechodzącym właśnie  kryzys polskim rynku bankowym. Mające problemy finansowe trzy banki regionalne: lubelski Bank Depozytowo – Kredytowy, łódzki Powszechny Bank Gospodarczy oraz szczeciński Pomorski Bank Kredytowy połączono z większym i rentownym Pekao, a następnie w 1998 roku sprywatyzowano poprzez emisję na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie 15 proc. akcji w ofercie publicznej, a także sprzedaży pakietu 55 proc. akcji Europejskiemu Bankowi Odbudowy i Rozwoju, włoskiemu UniCredito Italiano S. p. A. oraz niemieckiemu ubezpieczycielowi Allianz AG.

 

Oficjalnie inwestorzy zagraniczni mieli zaprowadzić zachodnie standardy cyfryzacji oraz ułatwić dostęp do kapitału i dewiz w ramach swoich grup kapitałowych. Wszystko to wzmacniano naczelnym dogmatem rodzimego liberalizmu o wyższej efektywności alokacyjnej prywatnego nad państwowym

 

Mniej oficjalnie szło o pozbycie się kosztów restrukturyzacji banków regionalnych, a także o wspomniane już wpływy do budżetu.  Pekao S.A. prywatne było lat osiemnaście. Ale tak naprawdę  lat pięć, gdyż swojego prezesa wiodący akcjonariusz – UniCredito Italiano – wprowadził dopiero w 2011 roku. Wcześniej zarząd banku pozostawał w rękach liberalnych polityków (w kolejności: M. Pasło-Wiśniewska, J. K. Bielecki, A. Kornasiewicz) i bywał polem ostrych walk politycznych pomiędzy obozem liberalnym a konserwatystami z PiS, jak choćby przy okazji fuzji z Bankiem Przemysłowo – Handlowym w 2006 roku. W prawie dziewięćdziesięcioletnich dziejach banku okres prywatny był zatem ledwie epizodem.  Dziś historia zatoczyła koło i bank wraca wprost do swoich korzeni.

„Repolonizacja”

Po drugie,  hasła „repolonizacji” sektora bankowego pojawiły się w kręgach ludowo – konserwatywnych w końcu lat dziewięćdziesiątych minionego wieku. W PRLowskiej gospodarce zawiadywanej przez plan centralny bankowość nie była potrzebna. Spełniała co najwyżej rolę księgowego wypłacającego z góry już rozdysponowane  środki. W początkach III RP postawiono więc na szybkie odtworzenie banków prywatnych.

 

Prawo bankowe z 1989 roku nie stawiało żadnych wymagań chcącym spróbować sił w bankowości. Wystarczył kapitał umożliwiający założenie spółki akcyjnej wedle Kodeksu Handlowego z 1932 roku. Jeżeli do tego dodamy możliwość prowadzenia przez bank za pomocą spółek zależnych dowolnej działalności gospodarczej oraz dopiero co powstający naprędce nadzór przy Narodowym Banku Polskim to uzyskamy idealne warunki dla kryzysu bankowego. I kryzys faktycznie wybuchł już w 1993 roku zmniejszając liczbę funkcjonujących banków z 84 w 1993 do 75 w 1995 r. Okazało się, że w sektorze kapitałowym chcieć to zbyt mało. Trzeba jeszcze posiadać stały dostęp do źródeł kapitału. Rządzący bojąc się o koszty sanacji dopiero co powstałego sektora poszukiwali ratunku na zewnątrz. Banki zagraniczne wcale  zaś do pomocy się nie kwapiły. W Polsce szalała inflacja, złotówka była niewymienialna, a dodatkowo dopiero co zakończył się kryzys sektora bankowego w Skandynawii. Region nie był atrakcyjny.

 

Dopiero od 1996 roku rośnie udział zagranicznych banków w rodzimym sektorze bankowym – swój szczyt osiągając w 2001 roku (na 71 banków 48 zagranicznych). Dopiero wtedy, wraz z rosnącym udziałem zagranicznego kapitału, w bankowości zaczęło coraz głośniej pobrzmiewać w kręgach konserwatywno – ludowych hasło „repolonizacji”, a  więc powrotu do stanu z początku lat dziewięćdziesiątych. Dlaczego?

 

Kryzys rosyjski w 1997 roku i dewaluacja rubla silnie uderzyły w rolnictwo wschodnich regionów Polski. Elektorat wiejski głosujący na AWS i PSL domagał się kredytów na dalsze prowadzenie działalności zaś nowi, zagraniczni właściciele nie zamierzali ich udzielać wskazując na wysoki poziom ryzyka takich pożyczek. Kapitalizm przemówił językiem interesu ku zdziwieniu jego politycznych zwolenników. Ponadto nowi właściciele starych, dobrze znanych banków zaczęli szukać kadr raczej wśród liberalnej części elit posługując się wytrychem merytokracji. Pojawiały się więc głosy, aby wstrzymać dalszą prywatyzację, lecz widoki na akcesję Polski do Unii Europejskiej i zahamowanie spadku złotówki skutecznie te głosy marginalizowały. Dla zachodniego kapitału perspektywa wejścia Polski do UE oznaczała zarobek na oczekiwanym trendzie aprecjacji złotówki. Wygaszenie inflacji oznaczało spadek stóp procentowych i możliwość  rozkręcenia akcji kredytowej na rynku nieruchomości.

 

W końcu deklarowane przez Polskę przyjęcie w przyszłości wspólnej waluty europejskiej mogło wyznaczyć wygodny moment realizacji całkiem bezpiecznej średnioterminowej inwestycji kapitałowej. Kapitał zachodni zaczął więc kusić polską klasę polityczną, a czołowi politycy AWS, wbrew  głośnemu zdaniu swego aktywu, prywatyzowali latając na negocjacje nawet do dalekiej Portugalii. Te sprzeczności być może doprowadziłyby do jakiejś fali protestów, gdyby nie Unia Europejska i jej dopłaty bezpośrednie oraz programy pomocowe, które po 2004 roku na wsi dość skutecznie zastąpiły sektor bankowy. „Repolonizacja” w złotym okresie integrowania się z rynkami zachodnimi (2003 – 2008) nikomu nie była już potrzebna. Powróci dopiero po roku 2011 i powody dla których tak się stało, są chyba najistotniejsze dla oceny omawianej akwizycji.

 

Przede wszystkim trzeba powiedzieć, iż UniCredito Italiano sprzedaje Pekao trochę dlatego, że chce, a trochę dlatego, że musi. Dlaczego musi? Jednym z najbardziej widocznych następstw światowego kryzysu finansowego były rozlewające się po Europie upadłości sektorów bankowych w krajach peryferyjnych (Grecja 2009, Słowenia 2012, Cypr 2013). Początkowo starano się ratować banki poprzez dokapitalizowanie sektora bankowego przez państwo wzorując się na rozwiązaniach skandynawskich z lat 90. zeszłego stulecia. Jednak rosnące niezadowolenie społeczne z wymuszanych na społeczeństwach państw europejskich oszczędności, przy jednoczesnym dotowaniu prywatnych banków z zaoszczędzonych w ten sposób kwot wymusiło w 2014 zwrot w polityce europejskiej. Zamiast bail-out, czyli wykupu (przez państwo niespłaconych długów od prywatnych banków) wprowadzono zasadę bail-in, czyli dopłaty (przez prywatnych akcjonariuszy kapitału w celu pokrycia strat poniesionych przez ich banki).

 

Ponadto, w ramach Europejskiej Unii Bankowej podniesiono też progi wypłacalności. Banki, w tym UniCredito Italiano, musiały poszukać pieniędzy i to nie w postaci aportów aktywów, lecz „żywej” gotówki. Zmuszone były  albo sprzedać część posiadanych aktywów, albo poprosić akcjonariuszy, by sięgnęli do portfeli i wyciągnęli z nich (gotówką!) miliardy euro. Akcjonariusze UniCredito Italiano (bardzo międzynarodowe towarzystwo, w połowie amerykańskie, w którym włoskiego kapitału też jak na lekarstwo) nie chcieli dopłacać. I nie należy im się wcale dziwić! Współczynnik zwrotu z kapitału (ROE) UniCredito Italiano w 3 kwartale tego roku wynosił 2,67 proc., gdy jeszcze dekadę przekraczał poziom 20 proc. W otoczeniu ujemnych stóp procentowych koniecznych dla utrzymania wzrostu PKB bankowość zwyczajnie przestała być opłacalnym biznesem. Dużo rozsądniej zainwestować w inne branże, a zwłaszcza te z „tech”  w nazwie (high-tech, fin-tech) gdzie ROE, jak w Apple  Inc przekracza 35 proc.. Kapitał zachodni porzuca więc nieopłacalne już branże i rejony świata i steruje w stronę Palo Alto – mekki Nowego Lepszego Świata –  podnosząc z sobą kurs dolara, co z kolei wywołać musi podniesienie przez FED stóp procentowych –  by niczym Syzyf ograniczać rosnącą bańkę spekulacyjną na amerykańskim rynku nieruchomości. Co  prowadzić będzie  do dalszej aprecjacji „zielonego”. Reaganomika właśnie tryumfalnie powróciła, a wraz z nią dla Peryferiów rozwiniętego świata powróci mroczne memento z lat osiemdziesiątych XX wieku, ery deprecjacji własnej waluty, wywołującej wzrost poziomu zadłużenia i prowadzącego następnie do rygorystycznych oszczędności budżetowych (by uciułać na odsetki od odsetek). A wszystko to i tak skutkować będzie wpierw stagnacją, potem recesją i w końcu  upadłością. Najpierw sektora bankowego, a potem także i państwa.

 

Zatem: „wstajemy z kolan”, jak powiadają media bliskie rządowi?  Jeżeli po 26 latach „doganiania” Zachodu potrzeba było wspólnego wysiłku finansowego aż trzech czołowych instytucji finansowych, by rząd odkupił to, co sprzedał 18 lat temu od pogrążonego w kryzysie zachodniego konglomeratu (dla którego sprzedawany bank zapewniał 10 proc. przychodów) to obrazuje to najlepiej skalę tego „wstawania” i szerzej realny efekt neoliberalnego eksperymentu realizowanego przez ostatnie ćwierćwiecze.

 

Czyli rację ma „Wyborcza” wieszcząca upadek? Owszem, może mieć słuszność co do możliwości upadku gospodarczego (czas to pokaże), ale jego przyczyną nie będzie przejęcie przez jedną giełdową spółkę innej giełdowej spółki. Zjawisko wycofywania się kapitału prywatnego z sektora bankowego i wchodzenie w to miejsce przez kapitał publiczny obserwowane jest na całym świecie. Niekiedy bezpośrednio poprzez akwizycje – jak w opisywanym przypadku, ale jeszcze częściej pośrednio poprzez kredytowanie sektora bankowego przez banki centralne za pomocą programów luzowania ilościowego. Rząd PiS wpisuje się w ogólnoświatowy trend. Przesłanką możliwości upadku gospodarek krajów peryferyjnych jest przeżywanie się neoliberalnego modelu gospodarczego. Obserwowany spadek wolumenu światowego handlu, czyni inwestycje w gospodarkach peryferyjnych bardziej ryzykownymi. Przy wysokim stopniu koncentracji kapitał, kierując się pogonią za wyższymi marżami, przy niższym poziomie ryzyka już wybiera rynki rozwinięte. I podobnie jak w przypadku Pekao S.A. historia zatoczyła koło tak również III RP może znaleźć się dokładnie w tym samym miejscu, w którym znalazł się PRL w ostatniej dekadzie swego istnienia.

DR PRZEMYSŁAW CZECHANOWSKI

Historyk, ekonomista, współpracownik Instytutu Kliometrii i Badań nad Transformacją, członek partii Razem.

CZYTAJ TEŻ:

Prof. Soroka o „repolonizacji” Pekao S.A.: Pozytywny ruch [Rozmowa Trybuna.eu]

Przejdź i podziel się z innymi:
Wyślij email do tego postu

0 komentarzy i opinii

Pozostaw swój komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola zostały oznaczone *

Szymczycha: „Dobra zmiana” w mediach publicznych może oznaczać ich koniec

Odwiedź nas

twitter