Lewicowy portal codziennych informacji i opinii

Prof. Zygmunt Bauman: Wytłumaczyć niewytłumaczalne

Odstęp wiersza+- ARozmiar czcionki+- Drukuj ten artykuł
Prof. Zygmunt Bauman: Wytłumaczyć niewytłumaczalne

„Dążąc do uporządkowania odziedziczonego w spadku po swych poprzednikach świata, nowoczesność musiała zrobić wszystko, aby ambiwalencję wytępić, a nikt lepiej niż Żydzi nie nadawał się do roli kukły, oddając którą na pastwę płomieniom dałoby się upiora ambiwalencji, choćby i zastępczo tylko, spopielić”. Artykuł Zygmunta Baumana z „Le Monde Diplomatique – edycja polska”.

Podczas 16. Festiwalu Kultury Żydowskiej, 4 czerwca 2006 roku w Krakowie, Jan Tomasz Gross wygłosił odczyt poświęcony sześćdziesiątej rocznicy pogromu w Kielcach, w którym kilkudziesięciu cudem ocalonych z Zagłady żydowskich mieszkańców tego miasta zostało zamordowanych przez swoich polskich sąsia- dów. Do pogromu przyłączył się niemal co czwarty mieszkaniec Kielc. W swoim wykładzie autor Fear: Antisemitism in Poland after Auschwitz [1] przypomniał stanowisko Krystyny Kersten, której zdaniem każdy, kto chce zrozumieć ten dramatyczny epizod z polsko-żydowskiej historii, powinien przede wszystkim starać się zrozumieć, jak to możliwe, że tak wielu zwykłych ludzi wzięło udział w masowym morderstwie popełnionym w zwykły dzień w zwyczajnym, prowincjo- nalnym mieście…

Poszukując odpowiedzi na te pytania Gross przewertował archiwa i wysłuchał relacji świadków tamtych wydarzeń. Sięgnął do wszelkich dostępnych źródeł i zebrał wszelkie dowody – wszystko, co mogło mu pomóc wytłumaczyć to, co niewytłumaczalne i pojąć to, co niepojęte. Recenzowana książka jest owocem tych wyczerpujących i starannych badań.

Przeczytawszy ostatnią stronę, czytelnicy odkładali tę książkę – podobnie jak i ja – z dwoma uczuciami. Pierwszym jest podziw i wdzięczność dla autora, że zrobił wszystko co w ludzkiej mocy, aby wydobyć na światło dzienne najgłębiej skrywane tajemnice i rozproszyć mroki wokół wydarzeń tamtego tragicznego dnia. Drugim jest wrażenie, że niezrozumienie (w sensie uchwycenia sensu tych wydarzeń), które zachęciło czytelnika do sięgnięcia po książkę Grossa, nie malało, lecz pogłębiało się z każdą przeczytaną stroną, i to nie z powodu niedostatku lecz raczej nadmiaru wyjaśnień, które przedstawiano w ciągu sześćdziesięciu lat, jakie minęły od pogromu.

Gross, w ślad za Hanną Arendt, zauważa, że za każdym wydarzeniem, również tym, które na pierwszy rzut oka wydaje się zupełnie pozbawione sensu, gdy, na przykład wielu ludzi z własnej inicjatywy, ale przy jawnym lub ukrytym wsparciu inteligentnych i wykształconych autorytetów, zaczyna mówić kompletne niedorzeczności, kryć się musi pewna doza praktycznego sensu. Gdy motłoch w Kielcach oskarżył Żydów o porywanie dzieci, aby piec z nich macę i pić ich krew gwoli podreperowania swych nadwyrężonych przejściami okupacyjnymi ciał, nie kto inny jak cieszący się wielkim autorytetem biskupi katoliccy ogłosili, iż oskarżenia te mogą nie być całkiem bezpodstawne i że brak jest niezbitych dowodów umożliwiających ich odrzucenie…

Za tym nonsensem musi się kryć jakiś sens; w irracjonalnych, masowych wybuchach szaleństwa tkwić musi jakiś okruch racjonalności – tego przynajmniej domaga się rozum, jeśli ma pozostać w zgodzie ze swoimi własnymi normami i standardami. Rozum, jeśli ma być tym, czym jest, czyli próbą zrozumienia tego, co nie zrozumiałe, nie spocznie nigdy – nawet jeśli jego kolejne wysiłki rozbijają się o mur przesądów, odpornych na argumenty i niepodatnych na perswazję.

Przesądem, o którego zrozumienie walczy Gross, jest antysemityzm. Zrozumieć antysemityzm to odkryć i precyzyjnie wskazać powody, dla których opiera się on wszelkiej argumentacji i wszelkim dowodom…

Socjologowie wiedzą, że każda umowa, jeśli ma mieć sens, jeśli ma być w ogóle możliwa, musi być oparta na „pozaumownych” czy „przedumownych” przesłankach, takich na przykład jak „dotrzymywanie słowa jest słuszne i właściwe” albo „słusznie jest karać za złamanie obietnicy”. W odróżnieniu od praw i obowiązków zawartych w umowie, przesłanki te nie są sprawą kontraktu i nie podlegają negocjacjom. Więcej, rzadko lub zgoła nigdy nie są one artykułowane, przez co rzadko przyjmują formę, która mogłaby wywołać debatę; a gdyby ją nawet wywołały, to i tak, bez względu na to, jak długa i jak rozumna byłaby ta debata, nie może ona rozstrzygnąć o ich prawdziwości lub fałszywości.

Bez tych pozaumownych podstaw kontrakt może być najwyżej świadectwem naiwności jego sygnatariuszy. Analogicznie możemy powiedzieć, że wszystkie wyartykułowane „przyczyny” antysemityzmu i czyny nim inspirowane, opierają się na nienegocjowalnych przesłankach, odpornych na wszelkie racjonalne argumenty i kontrargumenty. Gross podkreśla daremność wysiłków zmierzających do „obalenia przesądów w drodze zwykłej weryfikacji hipotez”, gdyż nieuchronnie wkraczamy wówczas „na teren dyskursu, w którym podstawowe przesłanki uprzedzenia są już bezwiednie przyjęte”. Jeszcze jeden węzeł gordyjski, węzeł, którego nie można rozsupłać, tylko przeciąć… „Ale – przestrzega Gross – nawet ujawnienie złej wiary, leżącej u podstaw przesądu, wcale nie gwarantuje jego wyjaśnienia” (xiii). Nasze szanse na sukces są znikome, jednak obowiązek dalszego prowadzenia walki pozostaje ten sam.

*

Masakra kieleckich Żydów była przypadkiem morderstwa, którego ofiarą padli ludzie tylko z powodu zaliczenia ich do określonej kategorii religijno-etnicznej. Polacy, którzy zebrali się wokół domu zamieszkałego przez ocalałych z Zagłady Żydów i którzy rozbiegli się po okolicy w poszukiwaniu innych istot ludzkich, które chcieli zabić, interesowali się tylko tym, czy schwytani są Żydami. W razie wątpliwości sprawdzali dokumenty. Pewien kierowca ciężarówki, zaczepiony przez grupę zupełnie obcych ludzi, którzy powiedzieli mu, że „mają tutaj tych Żydów, których chcą zabić” i poprosili go o podwiezienie do pobliskiego lasu, gdzie wygodniej będzie ich zamordować, nie zadał sobie nawet pytania, dlaczego właściwie „ci Żydzi” mieli być zabici. Nie zadzwonił także do szpitala psychiatrycznego po karetkę.

Mężczyzn, kobiety i dzieci mordowano tylko dlatego, że należeli do kategorii osób przeznaczonych do zamordowania. Ich winą było to, że zostali oskarżeni. Podobny los spotkał mieszkańców sunnickiej dzielnicy Bagdadu podczas zajść opisanych w New York Timesie z 9 lipca 2006 roku: „Uzbrojony motłoch szalał w zdominowanej przez sunnickich Arabów dzielnicy Bagdadu. Ludzi wywlekano z domów i z samochodów, a następnie ich mordowano” [2]… Każdego, kto wpadł w ręce sfanatyzowanych oprawców – każdego bez wyjątku!

Tym, co pozwala nam zaliczyć te i inne podobne przypadki do morderstw „kategorialnych”, jest również fakt, iż to sami mordercy wybierają ofiary i wykonują na nich wyroki. Zabójstwa tej kategorii są od początku do końca sprawą jednostronnej decyzji. Pod adresem ofiar wykrzykiwane są oskarżenia (im dziksze, tym lepsze, gdyż skuteczniej podgrzewają emocje motłochu), jednak nikt nie troszczy się o to, by ofiarom udowodnić popełnienie jakiejś zbrodni. Wyrok już wydano, kara musi być wymierzona. Nic, co ofiary uczyniły, lub czego nie uczyniły, nie może im przynieść wybawienia. Nikt dla nikogo nie czyni wyjątku, nikt nie uniknie losu przypisanego społeczności, do której należą. Jak zauważył Raoul Hilberg, los Żydów został przypieczętowany w tej samej chwili, w której nazistowscy urzędnicy, przygotowując rejestry Żydów oddzielili ich od list „normalnych” Niemców, wstęplowując im do paszportów literę „J”.

Artur Sandauer sugerował kiedyś, że antysemityzm najsłuszniej jest pojmować jako jeden z przejawów ogólniejszej postawy, dla której ukuł termin „allosemityzm”. Żydzi, zanim jeszcze stali się obiektem żarliwej, często morderczej nienawiści, postrzegani byli jako „całkowicie inni” – allus to po łacinie „inny”. Allosemityzm to postawa i praktyka oddzielania Żydów od nas, normalnych ludzi, to uznanie ich za istoty tak różne od reszty ludzi, że nie stosują się do nich nawet sposoby opisu i traktowania osób uznawanych za „po prostu obcych”. Allosemityzm sam z siebie nie rodzi ani miłości, ani nienawiści, ani pogardy, ani podziwu dla Żydów – wywołuje w zamian i podsyca lęk przed ambiwalencją: przed światem pomieszanych i nachodzących na siebie znaczeń, które w świecie „uporządkowanym”, w świecie, jaki nie burzy spokoju ducha, powinny być ściśle od siebie oddzielone, aby zapobiec sytuacjom zmuszającym do przyjmowania naraz wzajemnie sprzecznych postaw i podejmowania wzajemnie sprzecznych działań. Ambiwalencja niszczy harmonię i przejrzystość świata, czyniąc go niezrozumiałym, a życie w nim pełnym zasadzek i chronicznie, nieznośnie niebezpiecznym.

„Allosemityzm” ma długą historię. W 1816 r., gdy Żydzi opuścili getta w całej Europie, ogolili brody i wynajęli dobrych krawców, Niemiec, Friedrich Rühs, zauważył, że bez względu na to, co jeszcze zrobią, i tak nie będą tacy jak inni. „Są nie do podrobienia, powinni być z tego dumni i podkreślać to, nosząc specjalną wstążkę i traktując ją jako odznakę honorową”. [3] Co się zdawało niepokoić Rühsa najbardziej, była perspektywa wmieszania się Żydów w tłum, tak, że staną się niewidoczni, zarówno dla anty- jak i filosemitów…

Lata mijały, zmieniały się melodie, ale refren pozostawał ten sam. Przez stulecia powracał w pismach najwybitniejszych europejskich myślicieli. W dziennikach Gombrowicza czytamy na przykład: „Gdy słyszę z ust tych ludzi, że naród żydowski jest taki sam, jak inne, odczuwam to mniej więcej jak gdybym słyszał Michała Anioła twierdzącego, że niczym od nikogo się nie różni”; i dalej: „geniusz żydowski (…) jest najściślej połączony z chorobą, upadkiem i poniżeniem” – jest „genialny, dlatego że chory” i „twórczy, bo anormalny”; „Historia tego narodu – konkluduje Gombrowicz – jest tajną prowokacją, podobnie jak biografie wszystkich wielkich ludzi” [4], których uważamy za wielkich właśnie dlatego, że różnią się od zwykłych śmiertelników. Są wyjątkowi, w ich życiu nie ma miejsca na rutynę, nie mieszczą się w ramach, w jakich wiodą swe życie zwykli zjadacze chleba. A znów zdaniem Ciorana, „Żydzi reprezentują egzystencję wyalienowaną par excellence”; są ludem „akosmicznym”, „który nigdy nie będzie stąd”, są ludem „skądś indziej”, „obcym w samej swojej istocie”. Są jednocześnie „lepsi i gorsi”, „ucieleśniają ekstrema, do których my aspirujemy, nigdy ich nie osiągając. Żyd jest nami, kiedy wykraczamy poza siebie…” [5] W każdym miejscu Żyd jest nie na miejscu, jeśli to „miejsce” zdefiniujemy za pomocą „naszych” standardów; jest krok dalej i kilka kroków z boku. Żyd – powiedziałby zapewne Nietzsche idąc tropem Ciorana – to superman w źle dopasowanym przebraniu zwykłego człowieka.

Korzenie „allosemityzmu” sięgają głębiej w europejską przeszłość niżby cytowane wypowiedzi sugerowały. „Całkowita inność” Żydów mocno zakorzeniła się w umysłach Europejczyków na długo przed epoką XIX-wiecznego modernizmu. Na marginesach map ludzkiego świata starożytni Rzymianie notowali hic sunt leones – „tu mieszkają lwy”. Spadkobiercy Rzymian – chrześcijanie – obsadzali obrzeża oswojonego, swojskiego świata albo niedosięgłymi objawienia poganami, albo heretykami, którzy łaskę pańską utracili lub się jej wyrzekli. Te dwa określenia wystarczały do jasnego oddzielenia „nas” od „nich”, „ludzi” od „nie-ludzi”, „wnętrza” od „zewnętrza” – przeciwieństw, dzięki których przejrzystości i jednoznaczności świat prawowiernych wydawał się zrozumiały i zdatny do zamieszkania; ale nie w odniesieniu do Żydów, którzy sami są wcieleniem ambiwalencji, nie będąc ani poganami, ani odszczepieńcami, lecz do obu nimi naraz. Czcigodni ojcowie chrześcijaństwa zarazem jego prawowierności nikczemnie uwłaczający, Żydzi byli wcieleniem absurdu burzącego porządek rzeczy.

Żydowskiego odrzucenia chrześcijaństwa nie można było zbyć jako przejawu godnej ubolewania ignorancji czy zabłąkania zagubionych owieczek. Ich rodzaj niewiary był logicznie niespójny, a tym samym rzucał wyzwanie spójności chrześcijańskiego świata.

Z nadejściem ery nowoczesnej, w epoce narodo-budownictwa i „nieświętego trójprzymierza” narodu, terytorium i suwerennego państwa, na fundamentach odziedziczonej po poprzednich stuleciach ambiwalencji spiętrzyły się nowe niedorzeczności. W mało których z wrót zatrzaskiwanych w toku żmudnej i pełnej dramatów epopei budownictwa narodowych siedzib nie znalazły się palce Żydów, owego absurdalnego „nienarodowego narodu”.

W każdej epoce ambiwalencja rodzi chaos i dezorientację; może także, jeśli nie wyda się jej bitwy, owocować paraliżem woli i czynu. Nie ma na nią lekarstwa prócz karczowania dotkniętych nią terenów. Zniesienie ambiwalencji, niszczenie jej mateczników i nośników, jest czynem twórczym, aktem ładotwórstwa. Dążąc do uporządkowania odziedziczonego w spadku po swych poprzednikach świata, nowoczesność musiała zrobić wszystko, aby ambiwalencję wytępić, a nikt lepiej niż Żydzi nie nadawał się do roli kukły, oddając którą na pastwę płomieniom dałoby się upiora ambiwalencji, choćby i zastępczo tylko, spopielić. Żydzi, ambiwalencji najpełniejsze wcielenie, byli znakomitym ściekiem dla odprowadzania lokalnie rodzonych napięć i lęków.

W swoim nowatorskim studium na temat gnębiących Europę „demonów”, Norman Cohn nie znalazł związku pomiędzy upowszechnianiem się metody naukowej i racjonalności w życiu codziennym, a słabnięciem lęku przed czarami. Dostrzegł jednak synchronizację kolejnych fal polowań na czarownice z niepokojami i lękami wywołanymi rozpadem więzi rodzinnych i wzmagającym się tempem nowoczesnych przeobrażeń. Żydzi wybornie nadawali się do wypełnienia próżni po czarownicach w owej osobliwej sztafecie, jaka startowała od rzucania uroków przez wiedźmy, a kończyła wszechświatową konspiracją i wiodła od sal tortur i płonących stosów do komór gazowych i krematoriów. W treściwym podsumowaniu swojej opowieści o losie XX-wiecznych Żydów Max Weinreich pisze: „Żyd mógł ucieleśniać wszystko, co budzi zawiść, lęk i pogardę. Był krzewicielem bolszewizmu, ale także – rzecz ciekawa – liberalnego ducha i zgnilizny zachodniej demokracji. Mógł być zarazem kapitalistą i socjalistą. Obwiniano go o indolencję i pacyfizm, ale również o to, że jest wiecznym podżegaczem wojennym” [6] .

Prosi się, by w tym miejscu posłużyć się parafrazą pamiętnego wolterowego kalamburu i stwierdzić, że gdyby Żydów nie było, trzeba by ich było wymyślić (a i wymyśla się ich na potęgę – uprawianie antysemityzmu nie potrzebuje już obecności Żydów). Żydzi jako rozsadnicy nawzajem wykluczających się występków mogli służyć (i służyli) jako jeden z najważniejszych czynników „zwierania szeregów” i jednoczenia narodów, skądinąd rozdzieranych konfliktami klasowymi, i niechęciami lokalnymi i plemiennymi niesnaskami. Jak to celnie ujął Marek Edelman, w Polsce Żydzi nie są już wrogami, ale za to wrogowie są nieodmiennie Żydami…

*

Wiosną i latem 1946 r. mieszkańcy Kielc i okolicznych wiosek mieli wszystkie powody do frustracji, niepokoju i strachu. Polska zaczynała się dopiero podnosić ze zniszczeń wojennych i o życiu codziennym tamtych dni z pewnością nie można było powiedzieć, że było uporządkowane. Nazistowska okupacja zdruzgotała znane, nawykowe rutyny, a nowe nie zdążyły się jeszcze ukształtować. Przyszłość była mieszanką oszałamiających nadziei i paraliżujących obaw. Dla wielu Polaków, to co inni przyjmowali za wyzwolenie, było raczej początkiem kolejnej obcej okupacji, a pokój, który nastąpił po kapitulacji Niemiec, zdawał się jeno przysłowiową ciszą przed kolejną burzą. Nowy rząd zainstalowany pod ochronnym parasolem armii radzieckiej postrzegany był przez wielu dokładnie tak, jak sam się nazwał – jako „tymczasowy”. Czy jego uznanie należało uznać za akt patriotyzmu czy za kolaborację z wrogiem, było sprawą szeroko otwartą i przedmiotem gwałtownych starć.

Jak zauważył Gross, miesiące bezpośrednio poprzedzające zbrodnię w Kielcach były „okresem wielkich politycznych napięć. W całym kraju toczyła się bezwzględna wojna propagandowa za i przeciw rządowi, prowadzona przez jego zwolenników i legalnych przeciwników. Społeczeństwo było zastraszone i poddane szczególnie intensywnej manipulacji.” (24) Narastające uczucie niepewności i słabo uświadamiane, masowe lęki stworzyły sprzyjający klimat do prześladowań, a któż mógłby się do nich lepiej nadawać niż Żydzi, kozły ofiarne na nieustającym ostrym dyżurze.

Raymond Aron zauważył, że wyjście Żydów z gett bezpośrednio poprzedziło narodziny nowoczesnego antysemityzmu. Jego zdaniem tej czasowej zbieżności nie można uznać za czysty zbieg okoliczności. Połączenie pojawienia się na widoku publicznym Żydów, stanowiących wcześniej niecodzienny widok na ulicach francuskich miast, z trzęsieniem ziemi spowodowanym upadkiem ancien regime’u, było równie oczywiste i proste, jak to, że dwa i dwa to cztery… Dokąd Żydzi tkwili w swoich gettach świat być może nie wydawał się bardziej wygodny do życia, lecz był chociaż trwały, pewny i przewidywalny, i każdy człowiek wiedział na czym stoi, co mu wolno, a czego nie, i czego mu się wypada spodziewać. A teraz Żydzi są wszędzie, mieszają się z tłumem w miastach i wszystko staje się chybotliwe, nic nie jest stuprocentowo pewne ani jednoznaczne, i w niczym nie można pokładać bezwzględnej ufności…

Zmierzając do „ostatecznego rozwiązania” „kwestii żydowskiej”, okupanci nazistowscy czyścili gruntownie polskie miasta i wsie z żydowskich rzemieślników, sklepikarzy i straganiarzy. Przez kilka lat mogło się wydawać, że ich zamiar się powiódł. Polska wyglądała na Judenfrei. Studiując dzienniki i wspomnienia Polaków z czasów wojny, Feliks Tych, niegdyś dyrektor Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie, odkrył, że „początkowe zatroskanie autorów losem Żydów znika w momencie, gdy sami Żydzi znikają z ich pola widzenia za murami getta”. [7] I nagle, niespodziewanie, setki tysięcy Żydów wynurzyło się z piwnic, strychów, stodół i leśnych jam, w których chronili się przed komorami gazowymi, a tysiące innych powróciło z wygnania lub azylu w ZSRR. A stało się to w momencie, gdy władzę nad teraźniejszością i przyszłością zdewastowanego wojną kraju przejęły nowe, nieznane, a zatem i budzące trwogę siły.

Poza pospolitą ludzką skłonnością do doszukiwania się związków przyczynowych w przypadkowych zbiegach okoliczności, by tym sposobem dopatrzeć się sensu w obrotach sprawy uwłaczających swą zagadkowością rozumowi i zastąpić dwa wielkie utrapienia jednym takim, z którym łatwiej można sobie poradzić, wielu Polaków miało osobiste powody, by się „powrotem umarłych” przerazić. W swoim pionierskim studium dotyczącym powojennych ekscesów antysemickich w Polsce, Bożena Shaynok przypomina, iż „żydowska własność zmieniła podczas wojny właściciela”. [8] Przejęcie własności żydowskiej stanowiło dla nowych polskich właścicieli prawdziwy awans społeczny, a powrót dawnych właścicieli był dla nich osobistą katastrofą, której wypadało przeciwstawić się wszelkimi dostępnymi środkami. Gross przytacza obserwację Wincentego Bednarczuka z września 1945 r.: „Doskonale zdawaliśmy sobie sprawę, że ze wszystkich grup społecznych nowa polska burżuazja – która zajęła miejsce pomordowanych Żydów, często dosłownie, i czuła jeszcze krew na swych rękach, nienawidziła Żydów bardziej niż kiedykolwiek”. (40) Podobne głosy nie były rzadkością w powojennych latach. Przestrogi, co warto odnotować, pochodziły często od szeroko czytanych polskich pisarzy, takich jak Jerzy Putrament czy Kazimierz Wyka.

Jedną z najwspanialszych i najwnikliwszych interpretacji, antycypujących teorię „dysonansu poznawczego” Leona Festingera, przedstawił Stanisław Ossowski, najwybitniejszy w powojennej Polsce socjolog i jeden z najbardziej wpływowych intelektualistów: „Przypomnijmy to rozumowanie: Gdy czyjaś tragedia staje się dobrodziejstwem dla kogoś innego, pojawia się potrzeba przekonania siebie i innych, że tragedia była moralnie usprawiedliwiona. Taka była właśnie sytuacja właścicieli niegdyś żydowskich sklepów, albo tych, których wcześniej zmagali się z żydowską konkurencją.” [9]

Gross konkluduje: „Mówiąc po prostu, żeby zrozumieć to, co wydarzyło się w powojennej Polsce wystarczy wziąć pod uwagę trzy zjawiska: upowszechnienie się antysemickiej ideologii głoszonej przez Kościół katolicki i większość przedwojennych partii politycznych, demoralizację czasu wojny i wreszcie pojawienie się w Polsce szerokiej warstwy beneficjantów, którzy z przyczyn ekonomicznych byli niechętni i aktywnie sprzeciwiali się powrotowi Żydów do swoich miast i wiosek po wojnie.” (46) W rzeczy samej – byli niechętni i aktywnie się sprzeciwiali.

Wracając do Warszawy ze swojej kryjówki w małopolskiej wiosce, Janina Bauman pojechała na Pragę jedną z owych ciężarówek, które przejęły fukcje nieistniejącego transportu publicznego w niedawno wyzwolonej i zrujnowanej Warszawie. Wspomina: „Jadąc w okropnym tłoku z tymi obcymi ludźmi, nagle zdałam sobie sprawę, że jest to moja pierwsza okazja, aby spojrzeć ludziom w Warszawie prosto w oczy. Podniosłam głowę i uśmiechnęłam się do mojego najbliższego sąsiada, jakbym chciała powiedzieć: ‘Popatrz, wróciłam, żyję!’. I wtedy usłyszałam jak jeden mężczyzna powiedział do drugiego: „Niewiarygodne! Wciąż jacyś zostali. Niemieccy partacze nie zagazowali ich wszystkich”. [10] Ciężarówka była przepełniona, ale krytyk „partackiej roboty” nawet nie ściszył głosu, pewny, że żaden ze współpasażerów nie zwróci mu uwagi.

*

Jan T. Gross chciał, żeby głównym przesłaniem jego studium z podtytułem „esej o interpretacji historycznej” była myśl, że to właśnie „masowy udział w inspirowanych przez nazistów grabieżach i morderstwach Żydów był przyczyną polskiego powojennego antysemityzmu, a nie rzekomy, decydujący udział Żydów w narzuceniu Polsce komunizmu”. (xvi) Swoje stanowisko powtórzył z jeszcze większą mocą w podsumowaniu:

„Nie widzę innego wiarygodnego wyjaśnienia powrotu fali antysemityzmu w powojennej Polsce, jak to, iż był on osadzony w społecznym oportunizmie czasu wojny… Żydów atakowano nie dlatego, że Polacy wierzyli w historie o wysysaniu krwi lub o żydokomunie. Atakowano ich, żeby się ich pozbyć – na dobre i na zawsze – w obronie własnych interesów, często opartych na ciemnych układach lub zbrodniach z czasów wojny. (247)

Tak, wielu czytelników się zgodzi (a gdyby któryś miał wątpliwości, to ponowna lektura dowodów przytoczonych przez Grossa łatwo go przekona), że strach przed utratą skradzionej własności mógł pchnąć wielu ludzi do uczestnictwa w mordach i wypędzaniu tysięcy upiornych reliktów ograbionego narodu. Mógł także skłonić wielu innych do przypatrywania się pogromom z ledwie ukrywaną aprobatą. Interpretacja brzmi całkiem rozumnie. Zgodna jest w każdym razie zarówno z rozpowszechnionym, (choć niekoniecznie słusznym) poglądem na naturę ludzką, jak i z koncepcją „racjonalnego wyboru”, która – jak modne dziś wśród socjologów i politologów poglądy insynuują – adekwatnie tłumaczy postępowanie i wybory, jakich dokonują nasi bliźnich w codziennym życiu.

Ależ skądże! – zaoponują inni: obrona własnych interesów, a działania wywołane bajdami o żydowskich wampirach wysysających krew chrześcijańskich dzieci lub o „żydokomunie” nie są zjawiskami tej samej kategorii. Chcąc wyjaśnić to, co niewyjaśnialne, należy raczej odwoływać się do obu, gdyż nie wykluczają się one i nie unieważniają wzajemnie. Łatwiej jest uwierzyć w najbardziej nawet nonsensowne głupstwa i łatwiej poddać się inspirowanym przez nie impulsom, gdy najsłabsza nawet iskierka nadziei na uzyskanie materialnych korzyści skutecznie dławi głos rozumu moralnego. Czy jednak osobisty interes równie łatwo odniósłby swoje pyrrusowe zwycięstwo nad nakazem moralnym, gdyby motywowanych nim zbrodniczych czynów nie popełniano w świecie, w którym panuje fałszywa etyka – etyka, która zamienia grzech w cnotę i uwalnia od winy zarówno sprawców, jak i świadków zbrodni? Fałszywa etyka i materialne korzyści nie wykluczają się wzajemnie; nie powinny być traktowane jak konkurencyjne alternatywy, a tym mniej jak niemożliwe do pogodzenia sprzeczności. Uzupełniają się raczej i umacniają wzajemnie. Wskazują sobie wzajemnie drogę i pomagają omijać pojawiające się na niej przeszkody.

Paradoks to wprawdzie, lecz wiernie odzwierciedlający pokrętną logikę zdarzeń, że jeśli porażka etyki założyła fundamenty powojennego polskiego antysemityzmu, to siła zasad moralnych i upór ludzkich sumień uchroniły gmach na nich wzniesiony przed zawaleniem…

Mordu na polskich Żydach dokonano na oczach Polaków, stawiając ich tym samym przed dylematami moralnymi, nieznanymi większości narodów w podbitych przez nazistów krajach; dylematami bez rozwiązania i dobrego wyjścia: dylematami, jakie z pogwałceniem Kantowego testamentu przeciwstawiały nakazy rozumu przykazaniom etycznym. Niemieccy okupanci zagrozili w Polsce karą śmierci każdemu, kto ratował lub ukrywał Żydów. Śmierć groziła także tym, którzy wiedzieli, gdzie ukrywają się Żydzi, lecz nie donieśli o tym fakcie okupacyjnym władzom. Ci, którzy mimo wszystko zdecydowali się nieść pomoc prześladowanym, nie mniej od gestapo musieli się obawiać swoich polskich sąsiadów.

Joanna Beata Michlic, autorka fundamentalnej pracy o zmieniającym się wizerunku Żyda w polskiej świadomości [11], przytacza opis typowego doświadczenia Żyda ukrywającego się wśród Polaków: „Żyłem w ciągłym lęku, że zabiją mnie Niemcy, ale jeszcze bardziej bałem się Polaków, którzy mogli mnie łatwo rozpoznać jako Żyda. Powiedzenie komuś obcemu lub nawet znajomemu, że jest się Żydem, równałoby się samobójstwu.”

Postanowienie, by przyjść Żydom z pomocą, wystawiało ratujących i ich rodziny na ogromne niebezpieczeństwo, wymagało heroicznej odwagi i świętym tylko właściwej, a zwykłym łudziom rzadko dotępnej gotowości do poświęceń. Ci, którym oszczędzono tego okrutnego testu moralnego męstwa, nie mogą go sobie nawet wyobrazić i nigdy nie będą pewni, czy zdaliby go pomyślnie, gdyby ich jemu poddano. Pójście za odruchem moralnym mogło kosztować zbyt wiele: rzecz w tym jednak, że równie kosztowna mogła się okazać odmowa ratowania życia, nawet jeśli walutą były w tym przypadku „tylko” wyrzuty sumienia.

Jerzy Jastrzębowski przypomniał historię zasłyszaną od jednego ze swoich starszych krewnych. Jego rodzina postanowiła pomóc staremu przyjacielowi, Żydowi, który wyglądał jak Polak i mówił nienaganną polszczyzną, odmówiła wszakże ukrywania jego trzech sióstr, które wyglądały na Żydówki i mówiły z żydowskim akcentem. Człowiek ten nie chciał jednak ratować się sam. „Gdyby moja rodzina podjęła inną decyzję, byłoby dziewięć szans na dziesięć, że wszyscy zostaniemy rozstrzelani. Szansa na ocalenie dla naszego przyjaciela i jego sióstr była w tych warunkach jeszcze mniejsza. A jednak osoba, która opowiadała mi o tym rodzinnym dramacie, powtarzając: – Co mieliśmy robić? Nie można było nic zrobić! – nie patrzyła mi w oczy. Podejrzewała, że wyczuwam kłamstwo, chociaż podane fakty były prawdziwe.” [12]

Poniżenie ofiar i usunięcie ich z pola zobowiązań moralnych jest zwykłą reakcją większości ludzi w stanie ostrego dysonansu poznawczego. Impuls moralny ulega wówczas stłumieniu, milknie, co jednak nie znaczy, że znika. Zepchnięty w mroczne zakątki umysłu, gnije tam i ropieje, dodając jad do urazy.

Im bardziej pragniemy zagłuszyć wyrzuty sumienia, tym głośniej ubliżamy pamięci ofiar. Jednak im głośniej to czynimy, tym mniejszą mamy szansę na pełne wyleczenie.

Osoby cytowane przez Michlic dają świadectwo tej perwersyjnej i toksycznej logice: „Moje sumienie obarczone jest wielkim poczuciem winy. Chodzi mi o graniczącą z okrucieństwem obojętność na los Żydów. Przyznaję – nic mnie nie obchodzili ludzie umierający w getcie. To byli ‘oni’ – nie ‘my’. Widziałem dym unoszący się nad płonącym gettem i wiedziałem, co działo się za jego murami, ale to byli ‘oni’.”

Odrzucenie „innego” karmi się swoją własną dynamiką. By trwać i rosnąć w siłę, nie potrzebuje energii z zewnątrz, lub też czerpie ją ze wszystkiego, co napotka na swojej drodze. Zgodnie z logiką „łańcucha schizmogenetycznego” opisaną przez Gregory Batesona, nasila się z każdym działaniem i z każdym aktem przeciwdziałania. Z każdym złem wymierzonym w drugiego coraz bardziej zatruwa i poniża jednako i odrzuconych, i odrzucających. W procesie tym, jedną po drugiej, niszczy wszelkie inne alternatywy. Łańcuch ten nie ma swojego naturalnego końca, może być tylko przecięty. Jednakże, jak wykazuje Gross w swoim błyskotliwym studium, ostrze rozumu i rozumnej argumentacji jest zbyt tępe, by podołać temu zadaniu.

Zygmunt Bauman


[1] Jan T. Gross, Fear: Anti-Semitism in Poland after Auschwitz, an Essay in Inter- pretation, Random House 2006. Numery w nawiasach oddają paginację oryginału.
[2] Reportaż Kirka Semple’a, New York Times, 19 lipca 2006.
[3] Cyt. za: Michael A. Mayer, The Origins of the Modern Jew, Wayne State UP 1979, s. 140.
[4] Witold Gombrowicz, Dziennik 1953-1956, Wydawnictwo Literackie, 1988, s. 127-128.
[5] E.M. Cioran, Temptation to Exist, Quartet Books 1987, s. 80-81.
[6] Max Weinreich, Hitler’s Professors: The Part of Scholarship in Germany’s Crimes against the Jewish People, Yiddish Scientific Institute 1946, s. 28.
[7] Zob. Feliks Tych, Długi cień Zagłady, ŻIH IN-B 1999, s. 21.
[8] Zob. jej: „The Role of anti-semitism in Postwar Polish-Jewish Relations” w: Antisemitism and Its Opponents in Modern Poland, ed. by Robert Blobaum, Cornell UP 2005, s. 265-283.
[9] Zob. tygodnik Kuźnica, 30 września 1946.
[10] Janina Bauman, Beyond These Walls: Escaping the Warsaw Ghetto – a Young Girl’s Story, Virago 2006, s. 250.
[11] Joanna Beata Michlic, Poland’s Threatening Other: The Image of the Jew from 1880 to the Present, University of Nebrasca Press 2006. Zob. szczególnie rozdz. 5 – o postrzeganiu Żydów podczas okupacji niemieckiej.
[12] Zob. Zygmunt Bauman, Nowoczesność i Zagłada, Warszawa 1992, s. 277, tłum. Franciszek Jaszuński.

Artykuł ukazał się w miesięczniku „Le Monde Diplomatique – edycja polska” w marcu 2008 r.  

Przejdź i podziel się z innymi:
Wyślij email do tego postu

2 komentarze/y

  1. qaduq 08:49, Sty 11, 2017

    Zadziwiające. Znakomicie napisane studium, które powinien znać każdy wykształcony Polak. Merytorycznie tekst bez zarzutu w sferze idei. Niestety, Koliduje z praktyką. O pogromie w Kielcach jest już komentarz. Dodam, że dzięki pogromowi postraszono ocalałych po Holocauście Żydów i komunistyczna władza, oddając inicjatywę Poalej Syjon, zdołała „nielegalnie”, pojęcia nie mając, przeprowadzić biedaków przez polsko-czechosłowacką i czechosłowacko-austriacką granice, a potem do Palestyny, w przededniu wojny o utworzenia Państwa Izrael. Podobnie z antysemityzmem Jaruzelskiego, który wywalił oficerów lotnictwa, a ci bez przeszkód pojechali wzmocnić formacje nad zakątkiem Morza Śródziemnego. Dla przypomnienia, dwaj z usuniętych wtedy generałów, Rozłubirski i Frey Bielecki ponownie zostali przez niego skrzywdzeni, kiedy powołał ich na komisarzy w stanie wojennym. Wierzę, że Gross zapoznał się z wieloma dokumentami, ale wykorzystał tylko pasujące do jego tezy. Ciekawe, jak można odczytać wypowiedzi Gombrowicza, gdyby nie były w tekście Profesora przytoczone. W tym wszystkim wielka szkoda, że prawdziwi macherzy spokojnie zachowali swoje stołki, albo załapali się na synekury w Zachodniej Europie i za oceanem, a zwykli ludzie, jak moi znajomi, ze łzami w oczach wyjeżdżali prosto do Izraela.
    Polska popełnia błąd za błędem w tej sprawie. Zamiast szczycić się przyznawaniem obywatelstwa pochodzącym z rodzin imigrantów z Polski, ukrywa to, jakby się wstydziła. Zamiast wypłacać odszkodowania dla pokrzywdzonych przez niezidentyfikowanych nazistów przez obce firmy, nie przelewa ich z ZUS na imienne konto. Dziś pora dobrze wspomnieć profesora Baumana, którego całe życie ciągnęło do Polski. Jego los powinien stać się postawą do refleksji, zwłaszcza teraz.

    Odpowiedz do tego komentarza
  2. ratio_discessit 19:36, Sty 10, 2017

    „Kilkudziesięciu cudem ocalonych z zagłady żydowskich mieszkańców tego miasta zostało zamordowanych przez swoich polskich sąsiadów. Do pogromu przyłączył się niemal co czwarty mieszkaniec Kielc.”
    -oczywiście ani słowa o tajemniczych okolicznościach pogromu:
    1. Rozpuszczanie przez MO plotek o porywaniu dzieci z podawaniem adresu, gdzie są przetrzymywane
    2. Rozbrojenie Żydów z kamienicy przez WP, a następnie strzelanie przez okna do zgromadzonego tłumu, a zamiast zablokowaniu dojścia do budynku zablokowanie dojścia księżom, którzy chcieli uspokoić sytuację.
    3. Zabezpieczenie tylko skrzydła budynku, w którym mieszkały rodziny funkcjonariuszy UB.

    Czy pogrom jest faktem? Oczywiście, tylko czy na pewno doszło do niego „spontanicznie” i ile osób zostało zabitych przez funkcjonariuszy?

    Czy w Polsce jest antysemityzm? Na pewno, ale raczej płytki, powierzchowny i marginalny, natomiast pomija się w tego typu publikacjach antypolonizm i to zarówno ten przedwojenny (komunistyczny, antypaństwowy), jak i powojenny (sowietyzacja Polski) i ostatecznie współczesny, gdzie młodzi Żydzi odwiedzający Auschwitz są instruowani by nie rozmawiać z wrogo do nich nastawioną ludnością tubylczą i są prowadzeni pod osłoną karabinów maszynowych. Sam w liceum jeździłem na wymiany szkolne do Niemiec, gdzie ktoś z Niemiec mieszkał u mnie, a potem jechałem na rewizytę. Czy nie na tej samej zasadzie powinny się odbywać wizyty młodzieży żydowskiej w Polsce?

    Odpowiedz do tego komentarza
*/

Pozostaw swój komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola zostały oznaczone *

Przegrani globalizacji na europejskiej mapie wyborczej

Odwiedź nas

twitter