Lewicowy portal codziennych informacji i opinii

Stiglitz o nierównościach: pod rządami jednego procenta

Odstęp wiersza+- ARozmiar czcionki+- Drukuj ten artykuł
Stiglitz o nierównościach: pod rządami jednego procenta

Sposób, w jaki przez lata rozmawialiśmy o polskiej gospodarce, miał wiele wad. Jedną z nich było skupianie się na rzeczach ogólnych, np. na wzroście gospodarczym. Pytanie o wzrost jest oczywiście ważne, szczególnie w przypadku kraju półperyferyjnego, ale odpowiedź na nie jest niepełna, jeśli nie obejmuje także pytań bardziej szczegółowych.

Choćby tak banalnych jak: Kto konkretnie na wzroście korzysta i jakie są skutki uboczne takiego a nie innego podziału zysków? Zresztą czas przeszły jest tutaj nadmiernym optymizmem – w wielu przypadkach nadal rozmawiamy w ten sposób o kwestiach ekonomicznych. Weźmy TTIP, umowę handlową między USA i Unią Europejską. Wielu polityków i dziennikarzy, którzy są zwolennikami jej podpisania, mówi o zyskach, jakie ona przyniesie, w dosyć ogólnikowych kategoriach. Wiadomo, że ktoś na niej skorzysta – jakiś abstrakcyjny byt zwany polską gospodarką lub polskim handlem. Ale kto dokładnie?

Wyobraźmy sobie następującą sytuację. Aleksandra i Piotr prowadzą sklep z warzywami – on dostarcza towary, ona obsługuje klientów. Przychodzi inwestor i mówi: „Podpiszcie ze mną umowę, dofinansuję wasz sklep, rozkręcimy interes i będziecie zarabiać na tym 1000 zł miesięcznie więcej niż dotychczas”. Pięknie, prawda? Sytuacja robi się gorsza, gdy okazuje się, że z tego tysiąca Piotr dostaje 990 zł, a Aleksandra tylko 10 zł, w dodatku od teraz musi zostawać po godzinach, ponieważ rzeczony biznesmen grozi, iż w przeciwnym wypadku zatrudni na jej miejsce kogoś innego. Ten prosty przykład nie oddaje komplikacji związanych z TTIP ani tym bardziej z funkcjonowaniem gospodarki. Ale nie takie jest jego zadanie. Chodzi jedynie o pokazanie, że przytoczone powyżej pytania – kto zyskuje? kto traci? – są istotne i powinny być oczywistym odruchem. Dlaczego zatem wciąż padają tak rzadko, gdy rozmawiamy o polskiej gospodarce i możliwych kierunkach jej rozwoju? Być może dlatego, że uwierzyliśmy w neoliberalną opowieść, iż rozwój gospodarczy jest wartością samą w sobie. „Przypływ podnosi wszystkie łodzie”, więc koniec końców każdy na tym korzysta. A że jedni bardziej, drudzy mniej? To przecież w pełni zrozumiałe. Są ludzie bardziej i mniej produktywni, ci pierwsi zasługują na więcej, czyż nie?

Nierówności, czyli kto na tym korzysta

Na szczęście nie wszyscy myślą w ten sposób. Jedną z osób, które nie ufają neoliberalnej narracji, jest Joseph Stiglitz, znany amerykański ekonomista. W książce pt. Cena nierówności do znudzenia pyta o to, kto korzysta, a kto traci na konkretnych rozwiązaniach. To zadziwiające, jak te dwa drobne pytania mogą zmienić naszą perspektywę. Weźmy taki wskaźnik jak zdrowie w USA. Jeśli spojrzymy na ogóle dane, to zobaczymy, że między 1990 a 2000 rokiem średnia długość życia wzrosła o dwa lata. Jeśli jednak przyjrzymy się dokładniej i zaczniemy zadawać pytania z gatunku „kto?”, to wyłoni się nam mniej optymistyczny obraz. Okazuje się, że wśród biedniejszych warstw społeczeństwa nie odnotowano postępu, a jeśli idzie o kobiety z tych warstw, dostrzegamy wręcz spadek średniej długości życia. Inny przykład: PKB – ulubiony wskaźnik ekonomistów. W latach 1980-2010 PKB na głowę mieszkańca USA wzrosło o trzy czwarte. Doskonała wiadomość! Cóż, nie dla wszystkich. W tym samym okresie płace większości pełnoetatowych pracowników męskich spadły (z wzięciem poprawki na inflację). Jak to możliwe? Mała podpowiedź. Kiedyś dyrektor generalny dużej firmy zarabiał około 30 razy więcej niż jej szeregowi pracownicy. Dziś jego wynagrodzenie jest około 250 razy wyższe niż przeciętnego pracownika.

Stiglitz przytacza te wszystkie dane, ponieważ chce zwrócić naszą uwagę na to, że w ostatnich kilkudziesięciu latach mamy do czynienia z potężnym wzrostem nierówności społecznych. Głównie w USA, ale nie tylko. I nie ma żadnych dowodów, że jest to spowodowane nagłym zwiększeniem produktywności najbogatszych (symboliczny 1%) bądź zmniejszenie produktywności reszty społeczeństwa (symboliczne 99%). Zdaniem Stiglitza bogaci stali się obrzydliwie bogaci nie w wyniku poprawy swoich osiągnięć, lecz dzięki zjawisku, które nazywa on „pogonią za rentą”.

Pogoń za rentą

Amerykański ekonomista tłumaczy, że pojęcia renty używano pierwotnie w odniesieniu do zarobków z tytułu posiadania gruntów. Właściciel zarabiał nie dlatego, że coś robił, lecz dlatego, że coś miał. Przez „pogoń za rentę” Stiglitz rozumie więc pogoń za zyskami, które wynikają z prawa własności lub innego rodzaju przywileju, a nie z wykonania określonej pracy. Najlepszym przykładem są dochody, które niektóre firmy osiągają dzięki monopolowi, jaki uzyskały na rynku. Gdyby miały one realną konkurencję, ich zarobki byłyby mniejsze, nawet jeśli jakość wytwarzanych przez nie produktów i praca włożona w ich wykonanie zostałyby takie same. Stiglitz wspomina także o dochodach uzyskiwanych dzięki przejęciu majątku państwowego w wyniku prywatyzacji. Bardzo często majątek ten jest wyprzedawany po zaniżonej cenie, więc nabywcy czerpią korzyści nie z pracy, ale ze sprzyjających okoliczności, które pomogły im niepomiernie się wzbogacić. Carlos Slima, Meksykanin, który w 2011 rok został uznany za najbogatszego człowieka na świecie, zbudował swój sukces dzięki przejęciu znaczących udziałów w meksykańskim rynku telekomunikacji należącym wcześniej do państwa. Jeszcze innym przykładem jest wydawanie koncesji na dobra naturalne. Zdaniem Stiglitza rządy pod wpływem różnych grup nacisku najczęściej żądają za nie zbyt niskiej ceny. Jak pisze:

W ten sposób rozdaje się pieniądze w bardziej zakamuflowany sposób. Jeśli wartość ropy na określonym terenie wynosi 100 milionów dolarów po odliczeniu kosztów wydobycia, a rząd domaga się za koncesję jedynie 50 milionów dolarów, to znaczy, że de facto daje koncesjonariuszowi 50 milionów w prezencie.

Stiglitz mówi także sporo o problemach systemowych. Tak jak wielu innych ekonomistów twierdzi, że wielkim błędem było obniżanie podatków dla najbogatszych (zapoczątkowane w USA za czasów Reagana oraz w Wielkiej Brytanii za rządów Thatcher) oraz deregulacja rynków finansowych. W kwestii podatków nie chodzi nawet o to, że zejście z około osiemdziesięcioprocentowych do dwudziestoprocentowych stawek zmniejszyło wpływy do budżetu państwa. Najgorsze, że te obniżki doprowadziły do zmiany podziału zysków w ramach samych korporacji. Dopóki podatki były wysokie, menadżerowie wysokiego szczebla nie zabiegali zbytnio o podwyżki, ponieważ i tak musieliby większą ich część oddać państwu. Dlatego firmy przeznaczały nadwyżki finansowe albo na rozwój, albo na wynagrodzenia dla pracowników niższych szczebli. Po drastycznej obniżce podatków dla najbogatszych pieniądze te zaczęły być przeznaczane na niebotyczne pensje dla ludzi zajmujących najwyższe stanowiska. Zdaniem Stiglitza było to nie tylko niesprawiedliwe, ale także po prostu niewłaściwe z ekonomicznego punktu widzenia. Klasa średnia wydaje niemal całe swoje wynagrodzenie na realne produkty (domy, meble, telewizory itd.), przez co napędza gospodarkę. Najbogatsi zaś dużą część majątku trzymają w bankach, a kiedy już wydają pieniądze, to często idą one nie na konkretne, namacalne produkty, lecz na spekulacje finansowe. Wszystko to nie służy rozwojowi gospodarczemu.

Czy nam też skapnie?

Stiglitz nie ma wątpliwości, że teoria skapywania (wszyscy zarobią na powodzeniu najbogatszych, ponieważ najbogatsi rozkręcają gospodarkę) okazała się błędna. Transfer pieniędzy z klasy średniej do portfeli jednego procenta wpłynął negatywnie na rozwój USA, a w konsekwencji – całego świata. Amerykański uczony podkreśla, że nawet szefostwo Międzynarodowego Funduszu Walutowego – przez długi czas wyznające teorię skapywania – zauważyło w końcu, że nierówności społeczne szkodzą gospodarce. W 2011 roku MFW wydał tekst, w którym czytamy:

Naszym zdaniem dłuższe okresy wzrostu gospodarczego są silnie skorelowane z większą równością w podziale dochodów (…). W dłuższej perspektywie mniejsze nierówności i trwały wzrost mogą być niczym awers i rewers jednej monety.

Liczba błędów popełnionych przez Amerykanów, na które wskazuje Stiglitz, jest o wiele dłuższa: globalizacja, która toczyła się pod dyktando (i w interesie) międzynarodowych korporacji, pozwolenie na to, aby kampanie wyborcze w USA były tak bardzo uzależnione od finansowego wsparcia najzamożniejszych obywateli, zaniedbanie publicznej służby zdrowia i edukacji, zlekceważenie problemów środowiska naturalnego oraz marginalizacja związków zawodowych. Niestety wiele z nich popełniono także w Europie. Niektóre zaś dotykają nas pośrednio ze względu na to, że Stany Zjednoczone są ważnym i wpływowym graczem na arenie międzynarodowej.

Stiglitz ma świadomość tego, że za sukcesem neoliberalnego, czy też konserwatywnego, jak go czasem nazywa, projektu gospodarczo-politycznego stoją idee, a nie tylko określone rozwiązania prawne. Autor Ceny nierówności pisze o „bitwie o idee”, czyli bitwie o to, jakie ramy interpretacyjne będą kształtowały nasze postrzeganie rzeczywistości. Słusznie zauważa, że najbogatsi i najbardziej wpływowi ludzie mają nieporównanie skuteczniejsze narzędzia w tej walce niż pozostali jej uczestnicy. Dzięki czemu udaje im się przekonać dużą część obywateli, że rozwiązania sprzyjająca dla jednego procenta będą też korzystne dla innych. To dobrze, że Stiglitz wychodzi poza ramy samej ekonomii i zdaje sobie sprawę nie tylko z wagi społecznie konstruowanych idei, ale także z tego, że demokracja nie działa tak jak powinna, jeśli grono najbogatszych osób ma o wiele łatwiejszy dostęp do kanałów rozprowadzania tych idei.

Po równo jest lepiej

Mimo ogromu problemów, z jakimi się zmagamy, autor Ceny nierówności stara się zostawić nas z umiarkowanie optymistycznym przesłaniem. Kłopotów mamy wiele, to prawda, ale nie jest też tak, że nie wiemy, co robić. Przede wszystkim potrzebna jest zmiana perspektywy – nie możemy fiksować się na ogólnych parametrach takich jak wzrost PKB. Nasze spojrzenie musi być wieloaspektowe. Nie powinniśmy dłużej lekceważyć narastających nierówności. Musimy zrozumieć, że wolny rynek potrzebuje regulacji, a progresja podatkowa koniec końców opłaca się zdecydowanej większości społeczeństwa. Korporacje nie mogą być świętymi krowami. Czas skończyć z fatalizmem. Globalizacja może wyglądać inaczej – wbrew temu, do czego próbują nas przekonać głosiciele hasła „Nie ma alternatywy”. Procesy, które nią kierują, nie są obiektywnymi prawami przyrody, lecz wynikają z określonej polityki. A tę można zmienić, choć nie będzie to łatwe. Dla jasności – Stiglitz wszystkie te hasła konkretyzuje, podając w swojej książce dokładniejsze propozycje zmian, jakie jego zdaniem warto wprowadzić do naszych gospodarek.

Na zakończenie jeszcze jedna refleksja. Często mówi się, że progresja podatkowa, silne związki zawodowe czy aktywna polityka socjalna – to przeszłość. „Może i działało to w Szwecji a nawet w USA po wojnie, ale teraz się nie uda. Odrzućcie te przestarzałe idee” – tak powiadają zwolennicy „nowoczesnych” rozwiązań (choć sami przyznają, że nie bardzo potrafią skonkretyzować, na czym ta nowoczesność ma dokładnie polegać) Cóż, książka Stiglitza ukazała się pierwotnie w 2012 roku. Jest on uznanym ekonomistą i jego idee są zbieżne (choć nie identyczne) z poglądami wielu innych specjalistów, np. Thomasa Piketty’ego. Ze współczesnością proponowanych przez niego pomysłów nie jest więc tak źle. Wygląda na to, że pogłoski o śmierci tradycyjnych lewicowych rozwiązań były przesadzone.

TOMASZ MARKIEWKA

Przedruk za „Dziennikiem Trybuna”

Tekst ukazał się na stronie toruńskiego Razem.

 

Przejdź i podziel się z innymi:
Wyślij email do tego postu

0 komentarzy i opinii

Pozostaw swój komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola zostały oznaczone *

Przegrani globalizacji na europejskiej mapie wyborczej

Odwiedź nas

twitter