Lewicowy portal codziennych informacji i opinii

Syska: Na PiS nie zaczyna i nie kończy się polski problem z demokracją

Odstęp wiersza+- ARozmiar czcionki+- Drukuj ten artykuł
Syska: Na PiS nie zaczyna i nie kończy się polski problem z demokracją

Dla PiS najbardziej niewygodna byłaby opozycja, która rzeczowo i skutecznie punktowałaby słabości polityki społeczno – gospodarczej rządu Beaty Szydło oraz prezentowała własne, alternatywne rozwiązania, odzierając partię Kaczyńskiego z maski antyelitarnego obrońcy zwykłych ludzi.

W ubiegłą sobotę we Wrocławiu odbyły się dwie demonstracje. Na placu Solnym grupka sympatyczek i sympatyków KOD manifestowała swoje poparcie dla posłanek i posłów opozycji okupujących salę obrad Sejmu. Przed Domem Towarowym Renoma Razem i Inicjatywa Pracownicza wspierały byłe pracownice i pracowników delikatesów Alma domagających się zaległych wypłat. Ta jednoczesna bliskość (czasowa i przestrzenna) i odrębność (polityczna i społeczna) obu wydarzeń najlepiej ukazuje, gdzie tkwi główny problem w dyskusji o możliwościach i powinnościach antypisowskiej opozycji.

 

Emocjonalna bańka

Opublikowane we wtorek w „Dzienniku Gazecie Prawnej” wyniki badań sondażowych pokazują, że większość polskiego społeczeństwa nie podziela emocji, które udzieliły się 16 grudnia parlamentarzystom opozycji oraz grupom od tamtego dnia demonstrującym pod Sejmem. 20 proc. badanych oceniło blokadę sali obrad pozytywnie, 48 proc. negatywnie, zaś 29 proc. nie potrafiło ocenić tej sytuacji.

Po raz kolejny od objęcia władzy przez PiS okazało się, że hasła obrony instytucji, zasad i obyczajów demokratycznych mają ograniczoną zdolność mobilizacyjną – ograniczającą się wciąż do tej samej grupy klasy średniej. Obserwując formy tej mobilizacji trudno nie odnieść wrażenia, że doszły one do etapu pewnej rytualizacji, która zapewnia przede wszystkim potrzebę wspólnego przeżywania emocji. Ta rytualizacja wspólnego przeżycia (takie miesięcznice smoleńskie a rebours) powoduje jednak zanik myślenia politycznego i zdolności trzeźwego postrzegania rzeczywistości oraz sprzyja trybalizacji zachowań.

Gdy 16 grudnia obserwowałem w mediach społecznościowych relacje z (i spod) Sejmu, pozwoliłem sobie na krytyczną uwagę wobec Mateusza Kijowskiego, który w trakcie protestu na scenę zaprosił całą plejadę skompromitowanych polityków z Romanem Giertychem na czele. Jeden z medialnych komentatorów natychmiast zganił mnie zarzucając kompleksy i twierdząc, że obowiązkiem wszystkich jest być pod parlamentem. U tego dziennikarza emocjonalna niechęć do PiS zwyciężyła nad racjonalną refleksją i uruchomiła plemienny odruch. Ta forma egzaltacji nie pozwala na konstatację, że przyjęte formy walki z PiS nie przyniosły wzrostu liczebności uświadomionych przeciwników partii rządzącej.

Opozycja niewygodna dla PiS

W konflikcie politycznym pomiędzy PiS a liberalną opozycją odwołania do PRL mają charakter nie tylko obraźliwych etykietek, których używa się w codziennej młócce medialnej. Używane przez PO, Nowoczesną i KOD analogie do okresu sprzed 1989 roku mają też uzasadniać kształt współczesnej polaryzacji. A ma ona antypolityczny charakter i nawiązuje do dychotomii dyktatura vs. demokratyczna opozycja. Stąd także nawoływania do powołania tzw. zjednoczonej opozycji, bo natura aktualnego sporu wymagać ma zawieszenia politycznych różnic w łonie obozu anty-PiS. O ile jednak w okresie PRL ta antypolityczna dychotomia miała zakorzenienie w społecznych emocjach, to dziś trudno dostrzec takie nastroje. Ponadto sama dynamika wydarzeń nie pozwala na serio stwierdzić, że w Polsce skończyła się demokracja. Bo choć wiele działań PiS musi budzić sprzeciw, to mówienie dziś o dyktaturze jest mało poważne.

Przyjęty przez parlamentarną opozycję i KOD kształt sporu z PiS jest niezwykle funkcjonalny dla partii Kaczyńskiego. Sama polaryzacja na dwa obozy, w której PiS stanowi hegemona w jednym z nich, umacnia tę partię. Nawet jeśli Prawo i Sprawiedliwość utraci władzę, to w takim podziale sceny politycznej pozostanie główną siłą opozycyjną i będzie mieć wpływ na język i treść debaty publicznej w Polsce. Dla Kaczyńskiego niezwykle wygodny jest fakt, że w niechętnym mu obozie dominują partie liberalne i wielkomiejskie . Ułatwia to mobilizowanie swoich zwolenników antyelitarnym i socjalnym przekazem.

Dla PiS najbardziej niewygodna byłaby opozycja, która rzeczowo i skutecznie punktowałaby słabości polityki społeczno – gospodarczej rządu Beaty Szydło oraz prezentowała własne, alternatywne rozwiązania, odzierając partię Kaczyńskiego z maski antyelitarnego obrońcy zwykłych ludzi. Nie zrobią tego neoliberałowie, którzy przez lata tworzyli warunki dla wzrostu poparcia dla prawicowego populizmu.  Dlatego dobrze byłoby, gdyby rok 2017 przyniósł jakościową zmianę poza parlamentem i wyłonieniee się silnej, lewicowej alternatywy zarówno dla PiS, jak i liberalnej opozycji parlamentarnej.

Na PiS nie zaczyna i nie kończy się polski problem z demokracją

Problem z polską demokracją nie zaczął się w momencie dojścia PiS do władzy. Neoliberalny model transformacji nie zapewnił wszystkim Polkom i Polakom wolności w tym samym wymiarze. Możliwość korzystania z licznych praw i wolności była i jest w dużej mierze uzależniona od zasobności portfela, miejsca zamieszkania czy sieci powiązań. Zrodziło to wiele niezadowolenia i frustracji, które zostały skanalizowane przez prawicowy populizm. Problem w tym, że PO, Nowoczesna i KOD zbywają milczeniem przyczyny, które wyniosły Kaczyńskiego do władzy. Można odnieść wrażenie, że gra toczy się o to, by było jak wcześniej. I byłaby to największa tragedia. Dlatego potrzebna jest opozycja, która udzieli dobrych odpowiedzi na pytania, które stawiają „w imieniu ludu” prawicowi populiści. Liberałowie wolą bowiem zatykać uszy.

Zatykają też nosy pokazując swoją pogardę dla wyborców PiS (vide: hejt towarzyszący 500+). Największym problemem polskiej demokracji jest praktycznie całkowity brak dialogu pomiędzy tymi, którzy nie czują się beneficjentami transformacji, a tymi, którym się udało. Obie grupy oddziela mur, jaki okala grodzone osiedla w polskich miastach. Prof. Karol Modzelewski na łamach tygodnika „Przegląd” wskazuje, że ten mur jest bardzo wysoki: „Przez tę barierę nic nie przechodzi ani w jedną, ani w druga stronę. Ani informacja, ani argument, ani oceny, wartości. Kulturowo mamy dwie odrębne całości. To tak, jakby nie było narodu, nie było społeczeństwa. I dopóki nie zbudujemy jakichś mostów komunikacyjnych nad tą przepaścią, nic z tego nie będzie”. Tymczasem na łamach innego tygodnika, „Newsweeka”, Cezary Michalski od roku prowadzi swoją akcję na rzecz klasowej polaryzacji mobilizując „liberalne mieszczaństwo”, które ciężką pracą zbudowało sukces III RP, przeciwko nierobom chcącym żyć z transferów socjalnych zapewnianych przez PiS. Tym samym, umacniając ten społeczny podział, Michalski wzmacnia Kaczyńskiego i osłabia więzi społecznych, od których zależy trwałość instytucji liberalnej demokracji. Wzmocnieniu tych więzi służyłoby wytłumaczenie wielkomiejskiej klasie średniej, że nie wszyscy ludzie, którzy mało zarabiają są nierobami; że niskie płace są strukturalnym problemem polskiej gospodarki.

Prof. Modzelewski we wspomnianej rozmowie w „Przeglądzie” stwierdza: „Pokrzywdzeni nie wywrócą PiS, dopóki polska inteligencja nie znajdzie do nich drogi”. Sobotnia manifestacja KOD odbywała się 10 minut piechotą od pikiety byłych pracownic i pracowników upadłej Almy. Ta droga wcale nie jest długa.

MICHAŁ SYSKA

CZYTAJ TEŻ:

Wolność liberałów [OPINIA]

Przejdź i podziel się z innymi:
Wyślij email do tego postu

4 komentarze/y

  1. TadeuszK. 15:37, Sty 12, 2017

    PS. Milczeniem pomijam niejakiego Cezarego Michalskiego którego intelektualne wolty jego pisaniny na przestrzeni ostatnich lat są jak w Cyrku u Staniewskich Braci występy klaunów.

    Odpowiedz do tego komentarza
  2. TadeuszK. 15:31, Sty 12, 2017

    POPiS to główna przyczyna dzisiejszej turbulencji. PO kompletnie nie rozumie zjawisk społecznych w obrębie pracowników najemnych, porzuconych po 89r nie mających gdzie adresować swoich żali. SLD tego zadania nie podjęło, widząc trzecią drogę jako remedium na bolączki likwidacji przez Solidarność wielkoprzemysłowej klasy robotniczej. Leszek Balcerowicz miast brać przykłady z Europy kapitalizmu reńskiego, czy też skandynawskich rozwiązań ekonomicznych , sięgnął do najbardziej ekstremalnych rozwiązań w dekapitacji wielkich grup społecznych. PiS mający dobrze ustawiony radar społecznych niepokoi cynicznie rozdaje pieniądze licząc na przyrosty zaufania pozwalające na zaspokojenie urojeń faceta, który nic nigdy nie zbudował począwszy od rodziny. Za to znakomicie posiadł umiejętność napuszczania jednych na drugich . Rajmund Kaczyński wiedząc o przywarach bliźniaków już dawno ostrzegał przed ich polityczną łobuzerką. Dopóki będziemy mamieni opowieściami tych elyt dopóty będziemy kręcić się na tej karuzeli nieszczęścia.

    Odpowiedz do tego komentarza
  3. edward Skrzypczak poznań 22:01, Sty 11, 2017

    Znakomity wyklad-analityczny dla calej podzielonej i rozpyskowanej lewicy.Nareszcie wbić w glowy , że wrogiem jest nie PIS a POPIS…

    Odpowiedz do tego komentarza
    • Alama 05:52, Sty 12, 2017

      A może w ogóle przestać myśleć w kategoriach „ten nasz” a „ten wróg”, tylko stworzyć odpowiedni program, który przyciągnie do siebie wszystkich Polaków? – Tak ja odczytuję ten artykuł: Przestać stawiać mury, zacząć budować mosty.

      Odpowiedz do tego komentarza
*/

Pozostaw swój komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola zostały oznaczone *

Dr hab. Jarosław Flis: Ograniczenie kadencji prezydentów miast to nie jest dobry pomysł

Odwiedź nas

twitter