Lewicowy portal codziennych informacji i opinii

Z „Jacobina”: Śmierć trzeciej drogi. Trump, Nowa Prawica i Nowa Lewica

Odstęp wiersza+- ARozmiar czcionki+- Drukuj ten artykuł
Z „Jacobina”: Śmierć trzeciej drogi. Trump, Nowa Prawica i Nowa Lewica

Propozycją Donalda Trumpa dla amerykańskiej klasy robotniczej jest jej dzielenie. Odbudowa przemysłu ma służyć mieszkańcom „pasa rdzy”, jednocześnie Trump ostrzega przed latynoskimi „złymi hombres”. Jaka powinna być odpowiedź lewicy?

Propozycją Donalda Trumpa dla amerykańskiej klasy robotniczej jest jej dzielenie. Odbudowa przemysłu ma służyć mieszkańcom „pasa rdzy”, jednocześnie Trump ostrzega przed latynoskimi „złymi hombres”. O tym, jakiej polityki powinniśmy się po nim spodziewać i jak w nowej sytuacji może odnaleźć się amerykańska lewica, opowiedział „Jacobinowi” Leo Panitch, profesor politologii z York University.

Jedną z nielicznych rzeczy, które można zaliczyć Trumpowi na plus (i w której wydaje się być konsekwentny) jest sprzeciw wobec globalizacji, rozumianej jako podpisywanie traktatów korzystnych dla największych korporacji, ułatwiających wyprowadzanie miejsc pracy do państw o gorszych standardach pracowniczych.  Możemy spodziewać się śmierci traktatów TPP i TTIP, nie oznacza to jednak zerwania z wizją globalizacji korzystnej dla wielkiego biznesu. Możemy raczej spodziewać się wdrażania wizji, w myśl których przyjęte zostaną jeszcze mniej restrykcyjne normy dotyczące przestrzegania praw pracowniczych czy zasad ochrony środowiska przez międzynarodowe korporacje.

Profesor stawia dosyć przewrotną tezę odnośnie skutków wystawienia przez demokratów Hillary Clinton. Jego zdaniem, jest to najlepsze, co mogło się przytrafić amerykańskiej lewicy. Gdyby Bernie Sanders przegrał z Trumpem, obwiniany byłby socjalizm i „radykalna lewica”. Dzisiaj komentatorzy upatrują przyczyn porażki w przywiązaniu do twardego partyjnego estabilishmentu kosztem kandydatów cieszących się poparciem ludu.

Ubiegłoroczne wybory są w tej perspektywie gwoździem do trumny dla „trzeciej drogi” – tworzenia wariantu socjaldemokracji przejmującego hasła neoliberalizmu, utożsamianego w Ameryce z polityką Billa Clintona. Wyznawcy „trzeciej drogi” od dekady przegrywają – Tony Blair, bodaj najważniejsza postać tego ruchu, utracił władzę w 2007 r., w Niemczech SPD pozostaje w najlepszym wypadku słabszym koalicjantem Angeli Merkel. We Francji Partia Socjalistyczna traci poparcie, ryzykując oddanie władzy prawicowym populistom, co byłoby powtórzeniem scenariusza, jaki miał miejsce na początku tej dekady na Węgrzech, gdzie również przed Orbanem władzę sprawowali socjaldemokraci „trzeciej drogi”. U nas historia upadku tej ideologii wiąże się z historią SLD – jeszcze 16 lat temu partii o hegemonicznej pozycji, dziś ugrupowaniu pozaparlamentarnym, którego były lider i kandydatka w wyborach prezydenckich podejmują flirt z narodowo-katolicką prawicą.

W tej perspektywie zwycięstwo Sandersa w prawyborach i porażka w starciu z Trumpem mogłaby stwarzać pozory, że tę ideologię da się uratować. Tymczasem jest to proces nieuchronny, dziejący się na naszych oczach, i utrzymywanie tego obozu w USA mogłoby doprowadzić do dojścia populistów do władzy w kolejnych wyborach. Pytanie, czy lepiej przebrnąć przez to teraz, w niestabilnym okresie, czy też lepiej, aby potencjalnie w USA zmiany po progresywnej stronie sceny politycznej nastąpiły już teraz, aby za parę lat mogły stanowić przeciwwagę dla potencjalnie narodowo-populistycznej Europy.

Politykę gospodarczą Trumpa profesor Panitch i jego rozmówca określają mianem „neoliberalizmu z obliczem białego nacjonalizmu”. Zwraca jednocześnie uwagę, iż wbrew powszechnemu przekonaniu, Stany Zjednoczone nie były państwem, w którym neoliberalizm przyjmowany był z entuzjazmem. Porozumienie handlowe między USA i Kanadą, a następnie NAFTA (włączająca do strefy wolnego handlu Meksyk) przyjmowane były mimo silnych głosów krytyki.  Na początku 1994 r. meksykańscy zapatyści zorganizowali dwunastodniowe powstanie przeciwko przyjęciu porozumienia. Sprzeciw wobec globalizacji widoczny był na całym świecie. W 1995 r. indyjscy rolnicy zbuntowali się przeciwko skutkom globalizacji, a w 1999 r. przez świat przeszła seria protestów przeciwko polityce Światowej Organizacji Handlu, z finałem w Seattle.

Siłą neoliberalizmu i rozumianej przez jego pryzmat globalizacji była popularność tej ideologii wśród elit, również socjaldemokratycznych.

Kryzys neoliberalizmu skutkuje kryzysem utożsamianych z nim instytucji. Widoczne jest to szczególnie dobrze w kontekście Unii Europejskiej. Jedną receptą może być oddanie głosu natywistom, izolacjonistom, zwolennikom tworzenia społeczeństw zamkniętych. Alternatywą nie jest jednak bronienie status quo, lecz przejmowanie władzy przez partie prawdziwie lewicowe, łączące otwarcie na świat ze sprzeciwem wobec przywilejów międzynarodowych korporacji i uciszaniem głosu obywateli. Jest to nic innego jak konstruktywne skanalizowanie energii ruchów protestu, jak Occupy w Ameryce czy indignados (oburzeni) w Hiszpanii. Głos nowej lewicy prezentują nowe partie – Syriza (choć ona dosyć szybko została zmuszona do rezygnacji ze swoich postulatów) i Podemos, lub też ruchy wewnątrz starych partii – utożsamiane przez Jeremy’ego Corbyna w Partii Pracy czy Berniego Sandersa w Partii Demokratycznej.

Wybór między tymi ruchami jest wyborem między drogą, ku której będziemy podążać. W środowiskach nacjonalistyczno-populistycznych często podnoszone są argumenty odwołujące się do narodowej solidarności, do obrony interesów zwykłych obywateli. W istocie, jak zauważa Panitch, podstawowym kryterium definiującym te środowiska jest szowinistycznie pojmowany nacjonalizm, łączący się ze sprzeciwem wobec równości i utrzymywaniem przywilejów grup dominujących pod względem rasy, płci czy orientacji seksualnej.

Skutki proponowanej przez nich polityki możemy już obserwować w Turcji, Indiach czy Filipinach. Od tego roku dołączają do tego grona Stany Zjednoczone. Samo ograniczenie przepływu pracowników, bez ograniczeń w przepływie kapitału, może prowadzić do scenariusza, w którym gospodarki tych państw staną się „brunatne”, co doprowadzi do najgorszego z możliwych scenariuszy.

Donald Trump proponuje program odbudowy infrastruktury publicznej, oparty na partnerstwie publiczno-prywatnym i ulgach podatkowych. Samo wyzwanie jest istotne, sposób jego realizacji nasuwa skojarzenia z dawaniem prezentów wielkiemu biznesowi, z którego Trump się wywodzi.

Program gospodarczy Trumpa nie przewiduje odbudowy stabilnych miejsc pracy. Dawni pracownicy fabryk będą przemieszczać się po kraju, aby budować lotniska, mosty, drogi czy porty. Kiedyś ten program się skończy – nie wiadomo, co dalej z osobami zatrudnionymi przy tych pracach. Zapowiadana przez Trumpa deportacja trzech milionów osób pochodzących z Ameryki Łacińskiej spowoduje niedobór osób gotowych pracować przy tych inwestycjach. Ukazany zostanie tym samym paradoks polityki łączącej nacjonalizm z protekcjonizmem i działaniami pozornie etatystycznymi.

Od Trumpa, Erdogana, Duterte czy Modiego możemy spodziewać się wszystkiego, ale nie powstrzymania globalizacji kapitału. Swobodny przepływ pieniądza sprzyja największym graczom, niezależnie od ich narodowości. Liderzy ci, przedstawiając się jako rzecznicy ludu, w istocie opierają się na sojuszu z wielkim kapitałem. Wydawałoby się, że współpraca miedzy islamofobicznym Trumpem a radykalnie muzułmańskim Erdoganem jest niemożliwa. W istocie jednak łączy ich podejście wyłożone przez głównego doradcę Trumpa, Steve’a Bannona. Powiedział on, że „nie jesteśmy przeciwko żadnej kulturze, wierzymy natomiast w kulturowy apartheid [sic!]. Ich miejsce jest tam, nasze jest tutaj”. W ten sposób nawiązuje się porozumienie między nacjonalistyczną prawicą z różnych państw, gotowej handlować prawami swoich obywateli – co widzieliśmy w ubiegłym roku w Polsce, kiedy rząd Prawa i Sprawiedliwości machnął ręką na prawa polskich emigrantów w Wielkiej Brytanii w zamian za porozumienie o pozostaniu królestwa w Unii Europejskiej, które już parę miesięcy później okazało się bezwartościowe.

Podobnie prezydenta Filipin nie interesuje los jego obywateli i obywatelek emigrujących za chlebem do USA czy do państw Zatoki Perskiej, a Erdogan wykorzystuje kryzys uchodźczy w sposób instrumentalny, nie przejmując się tym, czy na fali antyimigracyjnych nastrojów nie ucierpią jego rodacy w Niemczech czy Holandii.

Z perspektywy światowych elit najważniejszy jest przepływ kapitału, na drugim miejscu znajdują się swobody przemieszczania między krajami dla przedstawicieli korporacji. Przepływ pracowników jest najmniej istotny. Dlatego od czasu umacniania chińskiej gospodarki widoczny jest przepływ chińskiego kapitału do Ameryki, migracje ludności są jednak widoczne jedynie w obrębie Chin, do Ameryki emigruje niewielki odsetek obywateli tego państwa. Nie przeszkadzało to sto lat temu straszyć wizją zalania Ameryki przez chińskich imigrantów tak, jak dzisiaj straszy się jej latynizacją.

Kolejną kwestią poruszoną w rozmowie jest przyszłość demokratycznego socjalizmu, utożsamianego przede wszystkim z Berniem Sandersem i Elizabeth Warren. Przykład Jeremy’ego Corbyna pokazuje, że zdobycie przez nową lewicę władzy wewnątrz struktur starej partii jest możliwe. Jednocześnie, możemy w najbliższych latach spodziewać się rozłamu w Partii Pracy. Będzie to okazja do odnowienia Partii Pracy jako organizacji pozostającej w kontakcie z przedstawicielami świata pracy, reprezentującej ich interesy rzeczywiście, a nie nominalnie.

W przeciwieństwie jednak do laburzystów, gdzie istnieją jeszcze struktury, z których mógł korzystać Corbyn aby dotrzeć do swojego elektoratu, Partia Demokratyczna nie jest w najmniejszym stopniu partią robotniczą. Osoby chcące zreformować partię muszą mieć na uwadze kwestie ekologiczne. Prawdziwej zmiany w tym zakresie nie można narzucić oddolnie. Należy edukować przedstawicieli klasy robotniczej o skali problemu oraz wspólnie pracować nad rozwiązaniami umożliwiającymi zmianę wzorców konsumpcyjnych w ich własnych społecznościach. Bez świadomości jak ważna jest zmiana nawyków zwykłych ludzi, nie dojdzie do realnych zmian w tej fundamentalnej dziś kwestii.

Prawdziwej zmiany profesor upatruje w nowych partiach socjalistycznych.  Aby jednak stały się one realną siłą, musi dojść do mobilizacji wewnątrz już istniejących partii oraz w środowiskach pozapartyjnych. Istotne jest wspieranie wszystkich ruchów tego typu.

Istniejące już organizacje robotnicze mogą, zdaniem profesora, skupić się wokół osoby Elizabeth Warren. Inną potencjalną liderką tego ruchu wewnątrz Partii Demokratycznej jest Kamala Harris, prawniczka zaangażowana w ochronę praw obywatelskich, a od niedawna senatorka.

Będzie to sojusz nowego rodzaju. W przeciwieństwie do dotychczasowych układów z demokratami, od tych liderek związkowcy mogą spodziewać się rzeczywistego działania na rzecz ochrony praw pracowniczych. W kampanii Hillary Clinton wybrzmiało zresztą echo przedstawiciela tego skrzydła demokratów, Larry’ego Summersa, postulującego powszechne inwestycje w infrastrukturę, nawet kosztem deficytu. Nie brzmiały one wiarygodnie w ustach osoby utożsamianej z Wall Street, ich uwzględnienie w jej kampanii prezydenckiej pokazuje jednak, jak wielką siłę mają dziś te postulaty.

Największym zagrożeniem dla tej strategii jest skupienie się na pomniejszych sprawach, ułożenie się z Donaldem Trumpem w kwestii jego programu infrastrukturalnego i wspieranie lżejszego wariantu ekonomicznej globalizacji.

Pęknięcie w Partii Demokratycznej jest nieuchronne. Barack Obama i Hillary Clinton otworzyli się na środowiska mniejszościowe, oferując jednak niewielkiej grupie ich przedstawicieli szanse awansu społecznego. Potrzebne jest wyłonienie środowiska postulującego prawdziwą rewolucję w położeniu zwykłych kobiet, osób LGBT, Afroamerykanów czy imigrantów.

Organizacje związkowe nie działały aktywnie na rzecz umacniania swojej pozycji. Teraz, kiedy Donald Trump podejmie decyzje o obsadzie dwóch stanowisk w instytucji odpowiedzialnej za kontrolę przestrzegania praw pracowniczych, National Labor Relations Board, oraz o wypełnieniu wakatu w Sądzie Najwyższym.

Względnie spokojna reakcja rynków wybór na Trumpa wskazuje na ich zaufanie względem ochrony swoich interesów. Niepokoje związane z ograniczaniem praw obywatelskich mogą być w najczarniejszym scenariuszu ograniczane przez dążenie do ich likwidowania, na co biznes przymknie oko, o ile przysłuży to się jego interesom. Zanim do tego dojdzie, Trump może spodziewać się znaczącego oporu ze strony społeczeństwa. Może to stworzyć warunki do rozwoju działalności radykalnej i socjalistycznej, jakie nie wystąpiłyby w przypadku prezydentury Clinton. W tym profesor Panitch upatruje nadziei, zaznaczając jednak, że jest to pewna szansa, ale na pewno nie oczywistość.

MICHAŁ ŻAKOWSKI

Przejdź i podziel się z innymi:
Wyślij email do tego postu

0 komentarzy i opinii

Pozostaw swój komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola zostały oznaczone *

Szymczycha: „Dobra zmiana” w mediach publicznych może oznaczać ich koniec

Odwiedź nas

twitter